Żydowska Warszawa

Stanisław Krajewski

Pomarcowe poszukiwania

Naukowiec, działacz polskiej opozycji demokratycznej. Z powodów politycznych nie pozwolono mu pracować na uczelniach w Warszawie i Krakowie; mógł uczyć w Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Publikował w prasie podziemnej. Po 1989 roku współtworzył Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, Polską Radę Chrześcijan i Żydów (której współprzewodniczącym jest od początku) oraz Fundację Forum Żydowskie, w ramach której zainicjował „żydowski telefon zaufania”. Wydał między innymi książki Czy matematyka jest nauką humanistyczną? i Tajemnica Izraela a tajemnica Kościoła. Wspólnie z żoną Moniką, artystką zajmującą się wycinanką żydowską oraz żydowską sztuką nagrobną, w latach siedemdziesiątych odnajdowali w judaizmie religijną tożsamość.

Stanisław Krajewski. Zdjęcie: A. Kokowska

- Po emigracji po Marcu ‘68 życie żydowskie w Polsce niezmiernie osłabło – wspomina Stanisław Krajewski. - Wydawało się, że nic nie może go uratować przed stopniowym zanikiem. Jednak grupka młodych osób w Warszawie rozpoczęła poszukiwania, które doprowadziły do żydowskiego zaangażowania religijnego. Uczestniczyłem w tym wraz z moją żoną Moniką. Powiązanie tej historii z konkretną przestrzenią nie jest łatwe, bo w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w znacznej mierze działa się ona poza sferą oficjalną – w podziemiu, a co najmniej w przestrzeni prywatnej. 

1.Waliców róg Grzybowskiej

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przeprowadziliśmy się na ulicę Waliców przy Grzybowskiej. Mieszkaliśmy w jednym z piętnastopiętrowych „mrówkowców”. Nijak nie był on podobny do istniejących tu niegdyś domów, w których kwitło życie opisane przez Izaaka Baszewisa Singera. Po tamtych domach zostało kilka ceglanych ruin, które tyleż zawadzały, co emanowały tajemniczą prawdą o przedwojennej Warszawie. Część tych domów była zamieszkana, na parterze mieściły się sklepiki. Nadawało to naszej okolicy charakter nostalgiczny. Jeszcze długo po wojnie nazywano tę dzielnicę „Dzikim Zachodem”. Bez wiedzy o historii nie widziało się w niej nic żydowskiego. Mrówkowce stały w większości na terenie getta, ale nawet my nie myśleliśmy o tym wiele.

Najważniejszym zjawiskiem w religijnych poszukiwaniach opisywanej grupy młodych ludzi był ŻUL, czyli Żydowski Uniwersytet Latający. Nazwa jest tyleż żartem, co odpowiednikiem popularnej wówczas instytucji, wzorowanej na kompletach z okresu rozbiorów: wykłady podziemnego Uniwersytetu Latającego przenosiły się z mieszkania do mieszkania. Nasza inicjatywa powstała w trakcie warsztatów z psychologii humanistycznej prowadzonych w roku 1979 w Łaskarzewie przez amerykańskiego psychologa Carla Rogersa dla polskich terapeutów. Grupa uczestników zaczęła pracować nad swoim „problemem żydowskim” i na tym nie zakończyła, ale postanowiła kontynuować. Dołączyli do nich od razu i inni, tacy jak ja. Spotkania odbywały się między innymi u nas i w domu ich inicjatora, Konstantego Geberta, wówczas psychologa, potem znanego dziennikarza, piszącego między innymi pod pseudonimem Dawid Warszawski. Mieszkał przy Elektoralnej, niedaleko skrzyżowania z ulicą Waliców. Spotykaliśmy się oczywiście i w innych miejscach, na przykład na Puławskiej, u Rysi Zachariasz.

Grupa była złożona nie tylko z ludzi o żydowskim pochodzeniu, przy czym i Żydzi mieli z reguły minimalną lub zgoła żadną wiedzę o tradycji. Początkowo spotkania miały charakter psychoterapii grupowej, ale szybko celem stało się samokształcenie w zakresie historii, religii i kultury żydowskiej. Wkrótce część z nas rozpoczęła stopniowe wdrażanie zasad judaizmu w swoim życiu.

Wszyscy w tej grupie byli mniej lub bardziej związani z opozycją, nic więc dziwnego, że zaangażowali się w działania „Solidarności”, a od grudnia 1981 roku w aktywność podziemną. Spotkania ŻUL-u odbywały się nadal – i w okresie względnej swobody lat 1980-1981, i potem, gdy samo umówienie się było trudną operacją: na przykład baliśmy się uzgadniać szczegóły, w tym adres, przez telefon; zresztą wielu z nas nie miało telefonu…

Róg Grzybowskiej i al. Jana Pawła II – najkrótsza trasa z Waliców do pl. Grzybowskiego. Zdjęcie: A. Kokowska

2.Twarda 6

Jak wspomniałem, okolica była pozbawiona widomych oznak dawnej żydowskości. Był jednak ważny wyjątek – ulica Twarda 6. Idąc Grzybowską na wschód, dochodzi się do placu Grzybowskiego, a przy nim był – i jest nadal – Teatr Żydowski. Sąsiaduje z nim Synagoga Nożyków, obok której stoi niepozorny budynek zwany obecnie „białym budynkiem”. Wówczas nie był on biały. Był ruderą, w której gnieździło się żydowskie życie religijne. Sama synagoga była od lat w trakcie remontu, ale nie mogła być używana aż do otwarcia w 1983 roku. 

Te przedwojenne budynki wraz z gmachem teatru, zbudowanym w latach sześćdziesiątych z funduszy amerykańskiej żydowskiej organizacji charytatywnej Joint (oficjalnie: American Jewish Joint Distribution Committee), były centrum oficjalnego życia żydowskiego w Warszawie. Tak było wówczas i tak jest dzisiaj. O ile jednak obecnie synagoga i „biały budynek” są wyremontowane i kipią życiem, o tyle wtedy życie było głównie w teatrze. Miało tam siedzibę – jak i dzisiaj – Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Wtedy jednak była to jedyna dozwolona organizacja żydowska. TSKŻ był rządzony przez komunistów, całkowicie zależny od władz, więc już z tego powodu nie był dla nas atrakcyjny. Znaliśmy niektórych jego członków, ale profil działania tej organizacji nie był dla nas: był nastawiony na wspominanie dawnych czasów, unikał problemów aktualnych. Co najważniejsze, program TSKŻ był z założenia, a także zgodnie z przekonaniami liderów, skrajnie antyreligijny. Teatr stanowił wyspę kultury jidysz, ale funkcjonował podobnie jak TSKŻ – był zwrócony w przeszłość, miał charakter folklorystyczny. Jedną i drugą instytucją rządził Szymon Szurmiej.

Stanisław Krajewski pod Teatrem Żydowskim. Zdjęcie: A. Kokowska

Jeden wyjątek z tamtych lat, który kojarzy mi się z teatrem, to występ w 1989 roku „śpiewającego rabina” Shlomo Carlebacha. Charyzmatyczny nauczyciel olśnił wszystkich, którzy przyszli, potwierdził swoją legendę. Odwiedził naszą grupkę u nas domu i bardzo wzmocnił poczucie, że judaizm może być wyborem aktualnym. 

Biały budynek. Zdjęcie: A. Kokowska

Drugi ośrodek żydowski tamtych lat, czyli (jeszcze nie biały) budynek przy Twardej 6 nie był atrakcyjny z innych powodów. Pomieszczenie na parterze, w którym odbywały się modlitwy, było zdezelowane, w bezładzie, odpychało każdego, kto nie przywykł do panującej tam atmosfery. Jednocześnie przyciągał sam fakt, że modlitwy wpisywały się w odwieczny porządek żydowskiej liturgii. To, co tam się działo, miało dla nas znaczenie, nawet gdy początkowo rozumieliśmy niewiele. Ludzie, którzy się tam modlili, mieli religijne wykształcenie sprzed wojny, ale nie umieli mówić o tym do młodych, którzy nigdy nie chodzili do chederu.

Nawet ci, którzy mieli dobre wykształcenie świeckie, jak usunięci z wojska w 1968 roku pułkownicy, nie znali sposobu przekazania nam swojej wiedzy religijnej. Nie mieli języka, by taką wiedzą dzielić się po polsku, z ludźmi mającymi uniwersyteckie wykształcenie. Nabyli ją w jidysz i po hebrajsku, na sposób tradycyjny, w gruncie rzeczy dziecinny, i nigdy nie nauczyli się, jak ją odnieść do naszego powojennego życia. W gruncie rzeczy nie mogli się nadziwić, że ci młodzi pojawiają się w synagodze. Po wielokroć potrafili spytać – w jidysz, po hebrajsku lub po angielsku: „Skąd przyjechaliście?”. 

3.Plac Grzybowski 12

Na posiłki w koszernej stołówce przychodziło więcej osób niż na modlitwy, ale my tam raczej nie bywaliśmy. Wyjątkiem było kolacja sederowa w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, na której byłem z Moniką. Atmosfera była dla nas egzotyczna, ale miała aspekt konstruktywny: skłaniała do poznania tradycji, nie tylko tych jej elementów, które były potrzebne do badania cmentarzy żydowskich, które Monika fotografowała. Potem, na fali „solidarnościowej” mogła przygotować unikatowy w tamtym okresie album Czas kamieni, który ostatecznie ukazał się w stanie wojennym i zyskał olbrzymią popularność.

Okładka albumu Moniki Krajewskiej Czas kamieni. Źródło: Domena publiczna

W stanie wojennym ówczesne władze postanowiły przełamać międzynarodową izolację, wykorzystując do tego Żydów. W kwietniu 1983 roku przypadała okrągła, dwudziesta rocznica powstania w getcie warszawskim. Zaproszono gości z całego świata, zorganizowano uroczystości, dokończono remont synagogi Nożyków i z wielką pompą zainaugurowano jej działalność. Nasza grupa miała z tym problem. Nie chcieliśmy popierać władz, zbojkotowaliśmy więc te uroczystości. Publicznie zaapelował o bojkot Marek Edelman, który w liście otwartym oświadczył: „Obchodzenie naszej rocznicy tutaj, gdzie nad całym życiem społecznym ciąży dziś poniżenie i zniewolenie, gdzie doszczętnie zafałszowano słowa i gesty, jest sprzeniewierzaniem się naszej walce”. Nie poszliśmy też na otwarcie synagogi. Trochę tego żałowaliśmy, ale czuliśmy, że nie mamy wyboru. Jednocześnie rozumieliśmy, że dla gości zagranicznych nasze polskie spory są nieporównywalnie mniej ważne niż możność uczczenia pamięci ofiar Zagłady i wyrażenia hołdu powstańcom właśnie tutaj. Dla Izraelczyków była to zresztą pierwsza po 1968 roku możliwość wizyty w Polsce. Nasze oświadczenie, które wydaliśmy jako „Grono Żydów polskich”, zawierało i apel o bojkot, i zrozumienie dla sytuacji zagranicznych Żydów.

Od tego czasu bywaliśmy w tej odnowionej, eleganckiej synagodze. I liturgia, i atmosfera stawały się stopniowo czymś znajomym, własnym. Obowiązywał w niej formalnie styl ortodoksyjny, ale prawie nikt nie stosował się ściśle do wymogów ortodoksji. Wśród wyjątków byli stali bywalcy, tacy jak Mojżesz Szapiro. Zbliżyliśmy się też do liderów tej społeczności, zwłaszcza do dr. Szymona Datnera, historyka i syjonisty, oraz dr. Pawła Wildsteina, pułkownika, specjalisty od łączności. Obaj byli nauczycielami akademickimi, odsuniętymi na margines. Jednak nie oferowali nam tego, czego potrzebowaliśmy, bo my byliśmy nastawieni na nowoczesność, na przyszłość, a nie na wspominanie czasów przedwojennych. Choć znajomość z Datnerem była dla nas ważna, prawie cała nasza wiedza o judaizmie i tradycji pochodziła z książek, głównie amerykańskich. Czasem gościliśmy wykładowców z zagranicy. Nasz judaizm miał być współczesny, był więc głównie amerykański. To nie zmieniło się zasadniczo po roku 1989, choć wzmogły się kontakty z Izraelem, a niektórzy młodsi koledzy próbują odtwarzać przedwojenny styl, na przykład aszkenazyjską wymowę modlitw.   

4.Tłomackie 3/5

Idąc z placu Grzybowskiego na północ, dochodzi się do placu Bankowego. Wówczas, trzydzieści-czterdzieści lat temu, na miejscu Błękitnego Wieżowca, który stoi w miejscu monumentalnej synagogi przy Tłomackiem, znajdował się nieukończony „Złocisty Wieżowiec”, będący w budowie od nie wiadomo jak dawna. 

Plotka głosiła, że nie można go ukończyć z powodu „klątwy rabina”. Za tą budowlą znajdował się – jak dzisiaj – Żydowski Instytut Historyczny, który mieści się w zachowanym budynku przedwojennego Instytutu Nauk Judaistycznych. Było to miejsce dla nas nieobojętne. Pracowali tam znajomi, a w czytelni można było zajrzeć do starych i nowych publikacji. Niektórzy ludzie, na przykład Jan Rochwerger czy Adam Bielecki, znali języki i mieli dużą wiedzę również o tradycji. Jednak i tam praktycznie nikt nie miał osobistego stosunku do religii. Rzekoma „klątwa rabina” pozostawała jedynym żywym aspektem religijnym tego miejsca.

5.Zamenhofa (Pomnik Bohaterów Getta)

Idąc jeszcze dalej na północ, dochodzimy do słynnego pomnika getta autorstwa Natana Rappaporta, odsłoniętego w 1948 roku.

Obecnie naprzeciwko niego jest Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Gdy pomnik powstał, wokół było morze ruin. 

Wówczas nikt sobie nie wyobrażał, że kiedykolwiek będzie inaczej. W latach siedemdziesiątych były już wokół pomnika ulice i domy. Pomnik pozostawał niezmiennie centrum żydowskiej pamięci. Nasza grupa zjawiała się tam co roku w okolicy 19 kwietnia, by po swojemu uczcić ofiary Zagłady. W niewielkim gronie, zróżnicowanym pokoleniowo, odmawialiśmy psalmy i modlitwy. Raz Monika wymalowała białą farbą na niebieskiej szarfie wymyślony przez Kostka Geberta napis: „Jesteśmy Waszymi dziećmi” wraz z wersją hebrajską i jidyszową, zaproponowaną przez Datnera. Od początku mieliśmy na względzie wszystkie ofiary, a nie tylko powstańców. Dlatego świadomie staram się używać nazwy Pomnik Getta, a nie oficjalnej – Pomnik Bohaterów Getta. 

Raz poszliśmy w ramach obchodów oficjalnych. Był rok 1981, czas wolności, względnej, ale zdecydowanie wyczuwalnej, okres „karnawału”; miało się poczucie, że można uczestniczyć w życiu publicznym, które stało się mniej zakłamane, bardziej autentyczne. Narżnęliśmy się straszliwie: okazało się, że w kolejce, wśród delegacji, które składały wieńce w asyście warty honorowej, tuż obok nas stała delegacja Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, jawnie  antysemickiej organizacji związanej z aparatem partyjnym. Nigdy więcej – do roku 1989 – nie myśleliśmy już o udziale w jakichkolwiek oficjalnych obchodach.

Tak jak wtedy, tak i nieraz później okazywało się, że łatwo jest czcić martwych Żydów, nie odnosząc tego do Żydów żywych. W roku 1983, gdy, jak wspomniałem, bojkotowaliśmy rozbudowane międzynarodowe obchody organizowane przez władze, my wspólnie z podziemną „Solidarnością” zorganizowaliśmy obchody nieoficjalne – właśnie pod Pomnikiem Getta. Plac był szczelnie otoczony przez pojazdy milicyjne. Marka Edelmana władze nie wypuściły z aresztu domowego, w imieniu podziemnej „Solidarności” wystąpił jej rzecznik prasowy, Janusz Onyszkiewicz, potem w wolnej Polsce minister obrony. Znalazł właściwe w moim przekonaniu słowa: „Wierzymy, że gdyby powstańcy getta żyli, byliby z nami”. Został zaraz potem aresztowany. My mieliśmy tę satysfakcję, że po raz pierwszy w trakcie dużego publicznego a nielegalnego zgromadzenia kilku z nas uczestniczyło mając kipy na głowie.  

6.Umschlagplatz

Inna atmosfera panowała w roku 1988. System komunistyczny chylił się ku upadkowi, strach wyparował, w nieoficjalnych uroczystościach rocznicowych uczestniczyły tłumy. Pierwsze skrzypce grał Marek Edelman, człowiek wybitny, ale tak bardzo odległy od jakiejkolwiek religii, że mimo faktycznego braku przeszkód, żydowski wymiar religijny prawie nie zaistniał. Te uroczystości odbywały się nie tylko przy Pomniku Getta oraz przy pomniku na Umschlagplatzu, ale też na cmentarzu żydowskim. To miejsce było od dawna dla nas ważne. 

 

 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę