Żydowska Warszawa

Seweryn Blumsztajn

Książki w bagażu

W 1968 roku Seweryn Blumsztajn kończył studia z ekonomii politycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Zanim został emblematycznym antykomunistycznym opozycjonistą („te Michniki, Kuronie, Szlajfery, Blumsztajny, Dajczgewandy...”), był w dzieciństwie członkiem młodzieżowego Hufca Walterowskiego założonego przez Jacka Kuronia. Po raz pierwszy aresztowany przez SB w marcu 1965 roku w związku z kolportażem Listu otwartego do partii Kuronia i Modzelewskiego. Po wydarzeniach Marca ’68 skazany na dwa lata za uczestnictwo „w związku, który zmierzał – w drodze wywołania publicznych wystąpień antypaństwowych i antypartyjnych – do realizacji wrogiego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej «programu politycznego»”. W 1969 roku emigruje do Szwecji cała jego rodzina. Od 1976 roku współpracownik KOR, od 1977 roku jego członek. Później dziennikarz „Solidarności”. Stan wojenny zaskoczył go we Francji. W 1989 roku wraca do Polski i pracuje w „Gazecie Wyborczej”.

Seweryn Blumsztajn. Zdjęcie: A. Kokowska

„Wydarzenia marcowe” w 1968 roku to nie była żadna żydowska historia, jak często się je przedstawia. Marzec ‘68 był buntem polskiej inteligencji, głównie studentów, w obronie podstawowych demokratycznych wolności, przede wszystkim w obronie wolności kultury. To wszystko nic wspólnego z Żydami nie miało, także dla tych uczestników studenckiej rewolty, którzy mieli żydowskie korzenie. Żydowską historię Marca ‘68 dopisała do studenckiego protestu władza, rozpętując antysemicką kampanię.

Zaczęła się ona jeszcze w 1967 roku po klęsce krajów arabskich w wojnie sześciodniowej. 19 czerwca, na Kongresie Związków Zawodowych Władysław Gomułka stwierdził, że „agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów-obywateli polskich”. Użył też sformułowania o żydowskiej „piątej kolumnie” i wezwał do emigracji „tych, którzy opowiadają się za agresorem”. „Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę, Polskę Ludową” – oświadczył.

W żydowskich relacjach z tamtego czasu bardzo często mówi się o przerażeniu po przemówieniu Gomułki tych, którzy pamiętali Holokaust i powojenne pogromy. Młodym jak zawsze nie starczyło wyobraźni.

Jeszcze jednak nie było paniki. Kampania prasowa skierowana była głównie przeciwko państwu Izrael, a nie przeciw Żydom. Antyżydowskie czystki trwały już w wojsku, a to był jednak zamknięty świat. Sytuację najtrafniej skomentował Antoni Słonimski: „Rozumiem, że każdy może mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego to musi być Egipt?”.

1.Krakowskie Przedmieście 26/28 (Uniwersytet Warszawski)

Tłumienie studenckiej manifestacji na Krakowskim Przedmieściu, 8 marca 1968 r. Źródło: Domena publiczna

Lawina ruszyła naprawdę 11 marca 1968 roku, dwa dni po pacyfikacji wiecu studentów na Uniwersytecie Warszawskim. W „Trybunie Ludu” i organie PAX-u „Słowie Powszechnym” ukazują się artykuły, które prezentują oficjalną interpretację wydarzeń. Pojawiają się po raz pierwszy sformułowania o „syjonistycznym spisku” przeciw partii i ludowej władzy. W następnych dniach w całej prasie, radiu i telewizji rozpętuje się antysyjonistyczna kampania. Głosi ona, że studenci żydowskiego pochodzenia, dzieci partyjnych dygnitarzy i żydowskich oprawców ze stalinowskiej bezpieki, podjudzone przez syjonistyczno-rewizjonistycznych emisariuszy, podburzyły naiwną polską młodzież do antypartyjnej hecy. Rewolta studencka to był rzekomo zamach stanu w celu wyrwania Polski ze zwartego obozu państw socjalistycznych wspierającego kraje arabskie. 

Kampania trwała nie tylko w mediach. Wszystkie komitety wojewódzkie PZPR organizują ogromne wiece (w Katowicach nawet 100 tysięcy osób), na których społeczeństwo potępia syjonistycznych inspiratorów. Potem we wszystkich instytucjach, urzędach, zakładach pracy, organizowane są otwarte zebrania partyjne, na których potępia się miejscowych syjonistów i żąda wyrzucenia ich z pracy. Jeśli nie można znaleźć żadnego Żyda, wybiera się jakiegoś podejrzanego inteligenta lub po prostu kogoś o obco brzmiącym nazwisku. Prasa pełna jest relacji z takich zgromadzeń i list wyrzuconych z pracy ludzi o żydowskich nazwiskach. Kiedy są to listy urzędników MSZ, dziennikarzy, wydawców, dyrektorów czy kierowników centralnych urzędów, a nawet naukowców, można wierzyć jeszcze, że to tylko oczyszczenie Polski z żydowskiej sitwy, która usiłowała przejąć władzę. Ale na prowincji takich ważnych Żydów nie ma. Prasa łódzka czy wrocławska pisze o szewcach i krawcach wyrzucanych z pracy za udział w syjonistycznym spisku.  

Absurdalność tej – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – narracji zaczyna się od podmienienia słowa „Żyd” na „syjonista”. Gazety pełne są zdjęć transparentów z licznych wieców wzywających syjonistów, by wyjeżdżali do Izraela. Podobno widziano nawet transparent „Syjoniści do Syjamu”, ale nie udało mi się znaleźć żadnego świadka. Popularny wtedy dowcip brzmiał: „Tato, jak się pisze syjonista? – Nie wiem, synku, przed wojną pisało się przez «ż»”. 

Ani lud, ani intelektualiści nie mieli wątpliwości, że nie o syjonistów tu chodzi – ostatni wyjechali z Polski jeszcze w latach czterdziestych – tylko o Żydów właśnie. A gdyby jednak ktoś nie był pewny, to przekonać go miało przypominanie przez prasę żydowskich nazwisk rodziców zaangażowanych w „wydarzenia marcowe” studentów (emblematyczny Adam Michnik, syn Ozjasza Szechtera) i ulubiona przez marcowych publicystów figura: używanie takich nazwisk w liczbie mnogiej: „Szlajfery, Dajczgewandy, Blumsztajny”.

Szczegółów spisku polskich syjonistów z Izraelem prasa nie podawała, natomiast lubowała się w ujawnianiu utracjuszowskich zwyczajów dzieci żydowskich dygnitarzy, które wreszcie wylądowały w więzieniu. Wszyscy oni „oglądali świat przez szyby samochodów służbowych swoich ojców”, a na przykład córka byłego przewodniczącego warszawskiej Rady Narodowej (prezydent miasta) „gasiła papierosy w dżemie”, zaś syn jednego z podsekretarzy stanu hodował pod Warszawą osiołka i wędrował z nim po Bieszczadach.

Dariusz Stola nazywa kampanię antysyjonistyczną „ponurą groteską”. I rzeczywiście absurdalność oskarżeń nie pozwalała właściwie na żadną polemikę. Pozostawało szyderstwo. W jednym ze swoich satyrycznych utworów marcowych Janusz Szpotański pisze: „Pewnego wieczoru, pod wieszcza pomnikiem, spotykał się Dajan z niejakim Michnikiem”. Inny satyryk, Natan Tenenbaum:
 

Więc Wyszyński z Kuroniem, przy poparciu Mao
Mieli Żydom zaprzedać naszą Polskę całą
Izrael, w myśl tych planów sięgałby Szczecina
Zaś chłopi z Zamojszczyzny poszliby na Synaj.

Skala i intensywność marcowej kampanii, zmobilizowanie na wiece i zebrania setek tysięcy ludzi, porównać można tylko z kampaniami propagandowymi w czasach stalinowskich. Jej cel, Żydzi, kojarzy się natychmiast z Holokaustem. Takie też są reakcje polskich Żydów i wszystkich właściwie pamiętających wojnę. Irena Sendlerowa zaczyna odbudowę siatki pomocy. Annę Radziwiłł, nauczycielkę historii na Żoliborzu, jej koleżanka ze szkoły pyta, czy przechowa jej syna. Lekarka warszawska, którą jako sześcioletnią dziewczynkę wywieziono z getta, organizuje chrzest trzech swoich kilkuletnich córek i oddaje je do klasztornej szkoły. W kraju, który jest właściwie jednym wielkim żydowskim cmentarzem, skojarzenie z wojną i Zagładą jest oczywiste i naturalne. Pojawia się też od razu w języku tamtych dni.

Cytowany już wcześniej Natan Tenenbaum w liście otwartym do I sekretarza PZPR, Władysława Gomułki, pisze:

Choć nie masz już pod niebem naszym
Owego "Mośka" ani "Srulka"
...Gdzieś czasem "syjonista" straszy
Panu to wadzi, Herr Gomulka!?

(…)

Już zwietrzył kołtun powiew nowy
W świeżą uzbroił go odwagę
Pański socjalizm, narodowy
Który rozwiąże Judenfrage.

2.Dworzec Gdański

Na Dworzec Gdański, z którego odjeżdżały pociągi do Wiednia (tak wyjeżdżało się wtedy do Izraela), mówi się wtedy Umschlagplatz. Jest zresztą bardzo blisko miejsca, skąd wywożono Żydów do Treblinki.

Dworzec Gdański. Zdjęcie: J. Bakalarz

Polscy Żydzi muszą zmierzyć się od nowa ze swoim żydostwem. Wszyscy niemal ocaleni są w pełni zasymilowani w polskiej kulturze, nie ma prawie religijnych. Młodzi często nie identyfikują się z żydostwem, nawet jeśli wiedzą o swoim pochodzeniu. A są i tacy, którzy dowiadują się, że są Żydami, od oficerów śledczych lub gdy wyrzucają ich z uczelni. Młodzi są wściekli i rozżaleni, starsi, pamietający wojnę, boją się po prostu, co dalej. Wszyscy z tamtego czasu pamiętają strach i samotność. Wielu nie może zapomnieć swoim kolegom, że milczeli na zebraniach, gdy Żydów oskarżano o syjonizm i wyrzucano z pracy, pamiętają sąsiadów, którzy przestali mówić im „dzień dobry”. W relacjach pojawia się też wspomnienie cichego domu, w którym już nikt się nigdzie nie spieszy – nikt nie chodzi do pracy ani na studia.

Gomułka w swoim programowym przemówieniu 19 marca ponownie wezwał „tych, którzy uważają Izrael za swoją ojczyznę do wyjazdu” i zapowiedział, że  wszyscy otrzymają emigracyjne paszporty. Zaczynają się rozmowy o emigracji.

To nie były łatwe decyzje. Młodzi czuli się Polakami, starszym niełatwo było rozpoczynać wszystko od nowa. Wszyscy czują się wykluczeni i skrzywdzeni. Popularny dowcip „marcowy”: „Kto zostanie w Polsce, kiedy otworzą granice? - Kilku wahających się Żydów.” 

Fala wyjazdów trwa ponad rok. W czerwcu 1969 roku władze ogłaszają, że emigracyjne paszporty będą wydawane „obywatelom polskim narodowości żydowskiej” do 1 września. To mobilizuje niezdecydowanych. Wyjechało w sumie około 15 tysięcy osób.

3.Plac Teatralny 3 (Teatr Narodowy)

Gdybyśmy mieli na mapie Warszawy zaznaczyć ścieżkę studenckiego Marca 1968, zaczęlibyśmy pewnie od Teatru Narodowego, gdzie grano „Dziady” i skąd wyruszyła po ostatnim spektaklu 30 stycznia 1968 roku pierwsza manifestacja pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. Potem Uniwersytet, gdzie protestowano i strajkowano, dalej byśmy szli Krakowskim, gdzie milicja szarżowała na kolejne demonstracje. Potem Politechnika, tam też wiecowano i strajkowano, tu najdłużej bito się z milicją. Jeszcze wielka aula SGPiS (dziś SGH), gdzie odbywały się wiece studenckie.

4.Rakowiecka 37

Więzienie na Rakowieckiej dziś. Źródło: Domena publiczna

Z SGPiS-em sąsiaduje więzienie przy Rakowieckiej. To już koniec studenckiej rewolty, tam trzymano aresztowanych. Ta trasa studenckiego ruchu jest drogą klęski, ale też rewolty i buntu. Jest w niej duma i heroizm.  „Żydowski marzec” 1968 zaś heroizmu w sobie nie ma – to tylko przerażający absurd antysemickiej kampanii, dramat rozstania z rodzinnym krajem, przyjaciółmi i zwykle częścią rodziny oraz upokarzająca krzątanina wyjazdowa.

5.Wiśniowa 40

Ścieżka „żydowskiego marca” rozpoczynała się w Warszawie na ulicy Wiśniowej na Mokotowie, w Ambasadzie Królestwa Holandii, która reprezentowała interesy Izraela po zerwaniu przez Polskę stosunków dyplomatycznych. Tam wydawano promesę wizy izraelskiej. Wiza izraelska była niezbędna, by rozpocząć procedurę wyjazdu bez względu na to, gdzie naprawdę się wyjeżdżało. Z punktu widzenia władz polskich to była wyłącznie emigracja do Izraela. Nie Żydzi przecież wyjeżdżali z Polski, tylko syjoniści. Ambasada holenderska wydawała też zaświadczenie o pokryciu kosztów podróży. 

6.Nowolipie 2 (Pałac Mostowskich)

Następny etap to już Komenda Stołeczna Milicji w Pałacu Mostowskich na Muranowie, na terenie byłego getta. Tutaj składano prośbę do Rady Państwa o pozbawienie obywatelstwa polskiego i wydanie dokumentu podróży. Wypełnianie długiego kwestionariusza, a przede wszystkim zrzeczenie się obywatelstwa wielu boleśnie wspomina do dzisiaj.

Nic nie działo się jednak automatycznie. Służba Bezpieczeństwa pilnowała, żeby żydowskiego przywileju emigracji nie dostali ci, którzy popełnili Rassenschande. Wśród mieszanych małżeństw polsko-żydowskich wielu nie-Żydom odmówiono zgody na wyjazd. Zdarzało się też, że kandydaci na wyjazd musieli udowadniać swoje żydowskie pochodzenie. Najsłynniejszy chyba był casus hrabiego Andrzeja Platera (krewnego Emilii Plater). Jego podanie przyjęto (nazwisko obcobrzmiące), ale potem wezwano go na przesłuchanie. Zapytany, dlaczego podaje się za Żyda, oświadczył, że jeśli mogą być Polacy żydowskiego pochodzenia, to mogą być też Żydzi pochodzenia polskiego i to jest właśnie jego przypadek. W końcu jednak go nie wypuszczono.

Najczęściej jednak odmawiano zgody na wyjazd byłym wojskowym lub wyższym urzędnikom, którzy według władz mogli zdradzić tajemnice wojskowe lub gospodarcze. Wypuszczono ich dopiero po dwóch, trzech latach.

Na dokument podróży – ten paszport w jedną stronę stwierdzający tylko, że „posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” – czekało się kilka tygodni. To był już gorączkowy czas rozliczeń z państwem polskim i przygotowań do wyjazdu. 

Ścieżka wiodła przez wszystkie możliwe urzędy: podatkowy, po zaświadczenie, że się nie zalega; w Wojskowej Komendzie Uzupełnień trzeba było zdać książeczkę wojskową; w miejscu pracy należało uzyskać kwit, że się już nie pracuje i nie jest się nic winnym. Taki papier trzeba było dostać też na uczelni, jeśli było się studentem. Stypendia naukowe należało zwrócić, a jeśli ukończyło się niedawno wydział z nakazem pracy, to trzeba było zapłacić za studia. W niektórych uczelniach kazano płacić za indeks, były też takie, gdzie indeks po prostu odbierano. Jeszcze tylko zaświadczenie o niezaleganiu ze zwrotem książek w bibliotekach i najważniejsze: kwit z Wydziału Lokalowego odpowiedniej Rady Narodowej, że zdało się mieszkanie.

Opróżnianie mieszkań to cała epopea. Co wziąć, co da się sprzedać, co rozdać sąsiadom i przyjaciołom? Jak pozbyć się niektórych rzeczy? Jeden z marcowych emigrantów wspomina, jak cała rodzina wynosiła i wsadzała w zaspy śnieżne radziecką encyklopedię, bo nie było co z nią zrobić. Jak zawsze gdy znikali Żydzi, pojawili się tacy, którzy na tym postanowili zarobić: „Daliśmy ogłoszenie w gazecie, przyszła pani, oglądała meble i podawała cenę. Nie było dyskusji. Potem przyjechali, zabrali wszystko” – wspomina jeden z warszawskich emigrantów.

„Pożydki” – tak mówiło się wtedy na rzeczy rozdawane przez wyjeżdżających Żydów i na oddawane mieszkania, które władza przydzielała aparatczykom i esbekom. Nowi lokatorzy pojawiali się często w mieszkaniu jeszcze przed jego opróżnieniem. Nie krępowali się, oceniali lokal, planowali, jak rozstawią meble.

Co zabrać? Nikt nie wiedział, co ich czeka, byli tacy, którzy brali ze sobą nawet peerelowskie meblościanki, radzieckie lodówki i pralki Frania. Wszyscy zabierali książki. Do dzisiaj w Tel Awiwie, Sztokholmie czy Kopenhadze stoją półki z polskimi książkami. Znany izraelski teatrolog powiedział: „W izraelskiej szkole całą literaturę światową czytałem po polsku”.

Zakupy na nowe życie. Nie wolno wywozić złota, srebra, ani dolarów (pięć dolarów na osobę). Co można było wywieźć z siermiężnej peerelowskiej rzeczywistości: puchowe kołdry i poduszki (przez lata zalegały szafy w Izraelu), dywan z Kowar, ćmielowski serwis, platery Gerlacha, coś z Cepelii. I jeszcze, dla tych, którzy jechali do Szwecji czy Danii, obowiązkowa wycieczka do Garwolina albo Nowego Targu po kożuchy.

Pakowanie. Najczęściej dzwoniono do Hartwiga lub Węgiełka, były też inne firmy – jak wtedy mówiono – pakierskie. Fachowiec przychodził i oceniał, jaką skrzynię trzeba przygotować.

Celnicy wymagali detalicznego spisu zabieranych rzeczy. Wszyscy pamiętają żmudne spisywanie każdej książki czy sztuki bielizny. Nie wolno było wywozić niczego sprzed 1945 roku, nawet fotografie rodzinne musiały mieć pieczątkę konserwatora. 

7.Dworzec Gdański

Odprawa celna odbywała się w halach stacji Warszawa Gdańska Towarowa. Trwała często kilka dni. Po kolei odpakowywano każdy przedmiot i sprawdzano ze spisem. Celnik mógł zakwestionować wszystko: książkę, bo obcojęzyczna lub wygląda na przedwojenną, ręczne notatki lub rodzinne papiery, każdą rzecz, bo jest nowa lub wygląda na starą. W wielu wspomnieniach to właśnie cło było największym upokorzeniem.

Dworzec Gdański. Zdjęcie: J. Bakalarz

Wyjeżdżano z różnych dworców: z Głównego nad morze, na promy do Szwecji i do Danii, z Wrocławia i z Katowic do Wiednia, ale Dworzec Gdański pozostał symbolem marcowej emigracji. Od jesieni 1968 roku do końca lata 1969 roku codziennie żegnano tam pociąg do Wiednia. Wielu przychodziło tam dziesiątki razy, by w końcu również też stamtąd odjechać. Nic nie jest częściej i boleśniej wspominane przez marcowych emigrantów niż pożegnanie na Dworcu Gdańskim.

Potem już zaczynało się nowe życie.

 

 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Bożena Irene

Werbart

Profesorka archeologii, marcowa emigrantka

Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 r. świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Stanisław

Krajewski

Filozof, matematyk, publicysta

Pomarcowe poszukiwania

Ulice Waliców, Elektoralna, Puławska, plac Grzybowski – tędy biegły ścieżki szukających duchowej drogi w judaizmie.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę