Żydowska Warszawa

Leopold Sobel

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Osiemnastoletni Poldek w 1964 roku wyemigrował z Polski do Izraela. Jako żołnierz brał udział w wojnie sześciodniowej i Wojnie na Wyczerpanie. Studiował w Tel Awiwie, a doktoryzował się w Wielkiej Brytanii, specjalizuje się w historii regionu bałtyckiego. W 2002 roku założył „Plotkies” – internetowy magazyn skierowany do emigrantów Marca ’68, którego jest redaktorem naczelnym. Obecnie mieszka w Lund, w Szwecji. 

- Moje żydowskie życie w Warszawie trwało dość krótko, prawie zaraz po maturze wyjechałem do Izraela – opowiada Sobel. - Urodziłem się w 1946 roku w centrum Warszawy (w szpitalu na rogu ulic Koszykowej i Chałubińskiego) i do 1949 roku mieszkałem z rodzicami na rogu ulic Nowowiejskiej i Krzywickiego. W latach 1949-1953 mieszkałem we Wrocławiu. Później znów – aż do matury – w Warszawie.

1.Gocławska/Grochowska

- Choć mieszkaliśmy cztery przystanki tramwajowe (po Grochowskiej wtedy kursowała także „ciuchcia”) od szkoły, rodzice postanowili wysłać mnie do  Szkoły Podstawowej Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (TPD) nr 1 na skrzyżowaniu ulic Gocławskiej i Grochowskiej, ponieważ nie nauczano tam religii katolickiej – wspomina Sobel. - Z tej samej przyczyny uczęszczały tam też inne dzieci żydowskie z okolicy. W mojej klasie było ich sporo, chyba siedmioro na ponad trzydziestu uczniów.

Podobnie w innych klasach. Do klasy wyżej chodził mój wierny przyjaciel z Izraela Zenek Borensztajn, przezywany „Szczypawa”, a do klasy niżej inny kolega, obecnie mieszkający w Kopenhadze Ludwik Kahane, przezwisko „Piszczyk”. Ludwik mieszkał w blokach naprzeciwko szkoły, które nazywano „białymi blokami” (choć obecnie są kolorowe) pod adresem Grochowska 309.

Naprzeciw rodziny Kahane mieszkała rodzina Rozenwaks, której starsza córka Larysa, znana jako Rysia, chodziła ze mną do jednej klasy. Ponieważ od drugiej klasy byłem bardzo w Rysi zakochany, często odwiedzałem rodziny Rozenwaks i Kahane. 

Klasa Leopolda w szkole podstawowej ok. 1956-57 r. Na zdjęciu kilkoro żydowskich dzieci: w górnym rzędzie trzecia z lewej Ala, w drugim rzędzie od góry druga od lewej Rysia, trzeci Leopold (miał złamaną rękę, więc postawiono go z dziewczynkami; wybrał miejsce koło ukochanej Rysi), trzecia z prawej Sabina. W dolnym rzędzie kucających dzieci drugi z prawej Zygmunt. Zdjęcie z archiwum Leopolda Sobela

Historia mojej miłości do Rysi zakończyła się w 1957 roku, kiedy to większość żydowskich dzieci z tej szkoły wyjechała do Izraela. Miało to również związek ze zmianą statusu szkoły i sytuacją polityczną. W Polsce w 1956 roku zaczęto w naszej szkole nauczać religii, a nazwa szkoły z TPD (Towarzystwo Przyjaciół Dzieci) nr 1 zmieniona została na Szkołę Podstawową nr 20. Zdarzały się wówczas nieprzyjemne incydenty– dzieci żydowskie, które nie chodziły na katechezę, były przezywane, a nawet czasem bite przez kolegów wracających z lekcji religii.

2.Międzyborska 64/70

Liceum Ogólnokształcące nr 47 im. Wyspiańskiego na ulicy Międzyborskiej to moja następna szkoła. Istnieje pod tą samą nazwą do dziś. W mojej klasie była tylko jedna koleżanka Żydówka – Irena G., a w wyższych klasach kolega Józio Kuszyński, który znał judo i bronił słabeuszy, czyli mnie i Natana Erdberga, który teraz mieszka w USA, a wtedy chodził do klasy niżej. Józio zniknął ze szkoły w jedenastej klasie i po kilku miesiącach spotkałem go w Izraelu na Ulpanie (kursie języka hebrajskiego). Był interesującym i dobrym człowiekiem, niestety zaplątał się w historie przestępcze i został zabity przez jakichś bandziorów.

Moje związki z żydowskim towarzystwem w Warszawie były początkowo dość ograniczone. Do 1959 roku często jeździłem na wakacje z kolegami i koleżankami z Wrocławia, a później, gdy w 1957 roku większość z nich wyjechała do Izraela, bywałem często na wakacjach w Nysie i okolicy, gdzie mój ojciec pracował w fabryce samochodów.

3.Marszałkowska 84

Zaczęło to się zmieniać około 1961 roku, kiedy ojciec wrócił do Warszawy, a mama zaczęła pracować w żydowskiej spółdzielni krawieckiej Optima. Była to instytucja, która odegrała znaczną rolę w moim życiu. Czym były spółdzielnie żydowskie? Po 1956 roku, gdy zaczęto znowu wypuszczać Żydów do Izraela, wyjechało tam bardzo wielu polskich Żydów. Z drugiej strony Związek Radziecki otworzył bramy dla repatriacji byłych obywateli polskich i wśród nich powróciło również kilkanaście tysięcy Żydów. Większość z nich wyjechała prawie od razu do Izraela, ale sporo zatrzymało się z różnych przyczyn w Polsce. Aby zapewnić im zatrudnienie, amerykańska organizacja żydowska Jewish Joint Distribution Committee (w skrócie Joint), która zajmuje się pomocą Żydom na całym świecie, uzgodniła z władzami PRL, że będzie pomagać repatriantom, organizując dla nich przeszkolenia z pomocą żydowskiej organizacji szkoleniowej ORT i zaoferuje im zatrudnienie w spółdzielniach pracy. Przy tej okazji inni Żydzi, którzy nie mieli pracy np. z powodu wyrzucenia ich w wyniku antysemickiej nagonki z wojska, służby państwowej, Urzędów Bezpieczeństwa itd., zdobyli możliwość zarobkowania. Moja mama, która właściwie nie miała zawodu, bo ukończyła przed wojną tradycyjną żydowską szkołę gospodarstwa domowego we Lwowie, wyuczyła się w ORT zawodu krawcowej i zaczęła szyć w domu jako chałupniczka. Szyła różne rzeczy, od prostych chustek na głowę do bardzo modnych wówczas płaszczy przeciwdeszczowych z ortalionu. Joint załatwiał tę pomoc w taki sposób, że dostarczał materiały z zagranicy, zaś po uszyciu towaru jego część sprzedawano w Polsce, a część posyłano do Związku Radzieckiego w ramach „bratniej pomocy”.

W tym domu na półpiętrze były biura spółdzielni Optima. Dziś w budynku znajduje się kawiarnia, której właścicielem jest były emigrant marcowy Adam Ringer. Zdjęcie: A. Kokowska

Biura spółdzielni krawieckiej Optima znajdowały się w istniejącym nadal budynku przy ulicy Marszałkowskiej 84, na rogu z Nowogrodzką. Królował tam prezes Rozenbarg, okrągły mężczyzna w średnim wieku, bardzo porządny człowiek. Miał bardzo ładną żonę, Polkę. Po Marcu ‘68 wyjechał – jak większość pracowników spółdzielni Optima – do Izraela. Razem z innymi próbował odrodzić tam swój biznes, ale się nie udało.

Oprócz biur były jeszcze magazyny i punkty obsługi chałupników. Jeden z nich znajdował się na ulicy Armii Ludowej, gdzie kierownikiem był pan Suknik, ojciec dwóch bardzo ładnych i miłych dziewczyn. Dziś jedna mieszka w Kopenhadze, a druga w Malmö w Szwecji. Państwo Suknik zmarli w Izraelu, moja mama utrzymywała z nimi kontakt chyba do końca.

Inny punkt był na ulicy Senatorskiej i tam bywałem dość często – odwoziłem gotową produkcję mamy, którą zdawałem pewnemu bardzo niskiemu mężczyźnie.  Opowiadał mi on, że w czasie wojny należał do francuskiej podziemnej organizacji Maquis i był specjalistą od „mokrej roboty”, czyli wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach.

Trzecim punktem był magazyn spółdzielni na Pradze (ulica Grodzieńska 61/63, na Szmulowiznie), gdzie magazynierem był ojciec mojego kolegi z Grochowa, pan Odoner (w międzyczasie zdążył wyjechać, wrócić do Polski i obecnie pracuje w „Słowie Żydowskim”).

Oprócz spółdzielni krawieckiej działała także spółdzielnia Tłumacz, zajmująca się tłumaczeniami. Jej prezesem był pan Borensztajn, ojciec chyba największej rodziny żydowskiej w Warszawie, liczącej – poza innymi krewnymi – sześciu synów (jeden z nich był moim kolegą) i jedną córkę. Istniała również spółdzielnia kaletnicza Odrodzenie, którą popularnie nazywano Przyrodzenie. Jej zabudowania znajdowały się na dzisiejszej ul. Twardej, dawnej KRN (dzisiejszy odcinek między rondem ONZ a placem Zawiszy), oraz na ulicy Wołoskiej. Inna spółdzielnia produkująca torebki ze skóry nazywała się Zjednoczenie i mieściła się na ulicy Targowej. Pracowało w niej wówczas sporo ojców kolegów i koleżanek, pan Gruszka, pan Klamra, pan Gurwicz i pan Berengaut.

4.Nowogrodzka 5

 

Dzięki kontaktom mojej mamy w środowisku żydowskim zacząłem wcześnie bywać w klubie młodzieżowym w Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce, który znajdował się na ulicy Nowogrodzkiej 5 i spotykać się z młodzieżą żydowską mieszkającą w innych częściach Warszawy.

Trudno w kilku słowach opisać znaczenie tego klubu, budynku i organizacji dla tej resztki Żydów, którzy pozostali w Polsce w latach sześćdziesiątych. Ograniczę się tylko do młodzieży. Tam odbywały się w soboty wieczorem niezwykle popularne zabawy taneczne, na które zbiegała się młodzież z całego Śródmieścia Warszawy i okolic. Oprócz zabaw w klubie było sporo zajęć, nauka języka żydowskiego (tak wtedy nazywał się jidysz) prowadzona przez panią Bursztyn, a później przez pana Feldhendlera, regularne spotkania z ciekawymi ludźmi, konkursy piosenki, a brydżyści zaciekle grali w bardzo popularnego wśród naszej młodzieży brydża. Odbywały się tam bardzo fajne koncerty – na przykład Sławy Przybylskiej, po jej powrocie z tournée w Izraelu, gdzie śpiewała rewelacyjne piosenki izraelskie i żydowskie. Organizowano wycieczki z różnych okazji, np. na otwarcie Pomnika Ofiar Zagłady w Treblince. Co ciekawe, oferta klubu nie była bynajmniej ograniczona do młodzieży żydowskiej. W czasie gdy należałem do bywalców klubu, kierownikiem był Czesław Prokopczyk (wyjechał po Marcu ‘68 do USA), a jednym z głównych aktywistów młodzieżowych Wiesiek Łuszczyna, znany wszystkim jako Fredek, który także wyemigrował z Polski po Marcu ‘68 najpierw do Izraela, a później do Szwecji. Oprócz klubu młodzieżowego w budynku na Nowogrodzkiej 5 mieściły się różne biura, ale młodzież interesował głównie bufet, znajdujący się na półpiętrze, prowadzony przez panią Cylę.

Znajomości i przyjaźnie zawarte w tym klubie i na koloniach TSKŻ przetrwały w wielu wypadkach do dziś i to warto zapamiętać.

5.Królewska 11 (Plac Piłsudskiego)

Do Teatru Żydowskiego i restauracji na czulent

Inną instytucją żydowską, którą dobrze pamiętam z tamtych czasów, był Teatr Żydowski. Znajdował się przy dzisiejszym placu Piłsudskiego (wówczas placu Zwycięstwa). W jego miejscu stoi teraz nowoczesny hotel Sofitel Warsaw Victoria.

Tam, gdzie stoi ten elegancki hotel, był kiedyś Teatr Żydowski. Zdjęcie: A. Kokowska

Do teatru ciągnęła mnie mama, lecz chodziłem tam raczej niechętnie, bo choć nieźle rozumiałem język i były już słuchawki z tłumaczeniem na polski, sztuki tam grane wydawały mi się nudne. Dużo chętniej odwiedzałem teatr z okazji  imprez młodzieżowych, organizowanych na święta żydowskie, które można obchodzić nie odwiedzając bożnicy, takie jak Chanuka i chyba Purim. Oprócz przedstawień okolicznościowych można było otrzymać tam paczki z podarkami, w których znajdowały się przeważnie pomarańcze (oczywiście izraelskie) i czekolada. Na jednej z takich akademii Lolek Borensztajn, młodszy brat wspomnianego już poprzednio Zenka, siedział koło mnie. Gdy na chwilę wyszedłem, Lolek, wiecznie głodny (u niego w domu było siedmioro dzieci i się nie przelewało), schrupał moją czekoladę, ale zostawił pomarańcze. Teraz Lolek mieszka koło San Francisco i gdy się spotykamy, wspominamy tę historię z Teatru Żydowskiego.

6.Kredytowa 6

Jeżeli mówimy o jedzeniu, warto wspomnieć jedyną wtedy prawdziwie żydowską restaurację Amika. Mieściła się ona na ulicy Kredytowej 6. Moja mama, córka restauratora ze Lwowa (dziadek miał kilka knajp, jedna, naprzeciwko koszar 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich, słynęła we Lwowie z doskonałych śledzi), nie lubiła chodzić do restauracji. Mówiła, że wie, jakie świństwa tam dają do garnka. Natomiast gdy w 1962 roku wyjechała na trzy miesiące do Izraela i tata zaczął mnie karmić tzw. machałe (po żydowsku „potrawki”) z wołowiny pochodzącej z amerykańskich konserw, chyba jeszcze z czasów wojny, zbuntowałem się i powiedziałem mu, że może pojedziemy do restauracji. Wybrał oczywiście Amikę, gdzie podawano doskonałe gechakte leber (siekaną wątróbkę), herring (śledź), jołych myt lokszn (rosół z makaronem) i czulent. Kierownikiem tej restauracji była znana postać w żydowskich kręgach Warszawy, pan Marek Immerglick. Był on nie tylko koneserem kuchni żydowskiej i doskonałym restauratorem, ale także świetnym wykonawcą piosenek żydowskich. Bodajże w roku 2004 pan Immerglick ukończył dziewięćdziesiąt lat i na cześć jego urodzin w Kopenhadze, dokąd wyjechał po Marcu ‘68, w tamtejszej synagodze, gdzie pracował jako szames, czyli woźny, odbył się poświęcony mu koncert, podczas którego sam pan Immerglick śpiewał. Powracając do restauracji Amika – jestem przekonany, że dawano tam prawdziwe żydowskie potrawy i na pewno nie było tam „kotletów schabowych po żydowsku”, jak to się czasem dziś w Polsce zdarza.

7.Krzywickiego 24

Budować socjalizm w Izraelu

W marcu 1964 roku, gdy ukończyłem 18 lat i poczułem się samodzielny, udałem się na ulicę Krzywickiego, do Ambasady Izraela. Była akurat niedziela, ale dla instytucji izraelskiej to żadne święto. Po wypytaniu przez zamknięte drzwi, kim jestem i czego chcę, wpuszczono mnie do środka i od jednego z pracowników ambasady uzyskałem rady oraz wsparcie finansowe, bo wyjazd nie był tani. W 1964 roku nie było wielu chętnych do wyjazdu.

8.Nowolipie 2 (Pałac Mostowskich)

Następnie udałem się do Biura Paszportów, które mieściło się w Pałacu Mostowskich przy ulicy Nowotki (obecnie Andersa). Wchodziło się tylnym wejściem. Zostałem skierowany do jakiegoś ponurego pokoju, gdzie powitał mnie wyraźnie zadowolony oficer milicji. Widocznie również Biura Paszportów nie odwiedzało zbyt wielu zainteresowanych wyjazdem do Izraela. 

Nie miałem żadnych złych doświadczeń przy załatwianiu formalności wyjazdowych. Jedynym, który chciał mnie namówić do pozostania w Polsce, był dyrektor mojego liceum, pan Szeptycki. Zdziwił się, że nie chcę budować socjalizmu w Polsce. Powiedziałem, że owszem chcę budować socjalizm, ale w Izraelu. 

9.Dworzec Gdański

Po załatwieniu wszystkich formalności, zdaniu matury i zapakowaniu wielkich skrzyń z zupełnie, jak się okazało dopiero po przyjeździe, bezużytecznymi rzeczami, w połowie października pojechałem na Dworzec Gdański. Tu czekało na mnie kilkudziesięciu moich kolegów i koleżanek z klubu na Nowogrodzkiej i z kolonii, aby mnie pożegnać. Co prawda moi rodzice byli bardzo smutni, że wyjeżdżam (dołączyli do mnie w Izraelu dopiero w 1970 roku), ale czułem się syjonistycznym bohaterem. Opisałem to wszystko w artykule wspomnieniowym i mam kilka zdjęć z tego pożegnania.

Była to bardzo wesoła okazja, śpiewaliśmy piosenki po żydowsku, a nawet „Chawa nagila” po hebrajsku i kilka osób odtańczyło chorę. W końcu jednak pociąg ruszył i polska epopeja się skończyła. Zaczynało się nowe, bardzo trudne życie izraelskie.

 

 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Stanisław

Krajewski

Filozof, matematyk, publicysta

Pomarcowe poszukiwania

Ulice Waliców, Elektoralna, Puławska, plac Grzybowski – tędy biegły ścieżki szukających duchowej drogi w judaizmie.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę