Żydowska Warszawa

Józef Hen

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Przedwojenna żydowska Warszawa to dziś wyłącznie fantom. Hitlerowcy zrównali z ziemią zamieszkaną głównie przez Żydów Dzielnicę Północną, a na  jej gruzach wyrosły nowe osiedla Muranów i Mirów, przeznaczone dla polskich robotników. Przetrwało zaledwie kilkanaście budynków-ostańców. Zachowane sprzed wojny zdjęcia pokazują zupełnie inne miasto. Żeby je zobaczyć, chodząc dziś po tych samych ulicach, trzeba nie lada wyobraźni. Albo rozmowy z Józefem Henem. Pisarz i publicysta, urodzony i wychowany na Nowolipiu, potrafi odtworzyć z fotograficzną dokładnością detale, smaki, zapachy, sytuacje. Po wojnie nie wrócił na Muranów, choć proponowano mu tam mieszkanie. Odmówił, tłumacząc, że będzie słyszeć krzyki zamordowanych w getcie. Teraz prowadzi nas trasą swoich codziennych wędrówek z dzieciństwa i młodości. Podkreśla jednak, że jego świat wykraczał poza „dzielnicę żydowską”, którą stworzyli w październiku 1940 roku Niemcy.

Józef Hen. Zdjęcie: A. Kokowska

Miastem mojej młodości była cała Warszawa. To Niemcy stłoczyli Żydów w jednej dzielnicy, narzucili granice getta. W rzeczywistości Żydzi, szczególnie polskojęzyczne mieszczaństwo, inteligencja, mieszkali daleko poza ulicami późniejszego getta. Mieszkali, gdzie chcieli. Moje gimnazjum Kryńskiego mieściło się na Senatorskiej róg Miodowej, naprzeciw pałacu Prymasowskiego, moja siostra Stella mieszkała na Złotej. Mój ojciec zbudował – wraz z dwoma wspólnikami, z których jeden był katolikiem – kamienicę na Iwickiej, na Mokotowie.

1.Nowolipie 53

Na Nowolipiu 53 urodziłem się i mieszkałem. Kamienica, jak wiele domów na Nowolipiu, była elegancka, secesyjna, z bramą wyłożoną żółtymi kafelkami. Po wojnie wygrzebałem z gruzów taki kafelek, ale podczas przeprowadzki z Krakowa żona, która nie wiedziała, co to jest, wyrzuciła go. Najdroższe mieszkania znajdowały się na pierwszym piętrze, tańsze na drugim i trzecim, najtańsze w suterenach. My mieszkaliśmy na trzecim. Dopiero dziś, z dystansu, myślę, jak mogło to trzecie piętro wyglądać z perspektywy człowieka, który dźwigał do nas węgiel...

Lokal nad nami zajmowała położna, nazywana wówczas akuszerką, odbierała wszystkie porody u sąsiadów. Tak się złożyło, że na tym podwórku rodzili się sami chłopcy: oprócz nas dwóch, Hipka i mnie, byli jeszcze trzej Gorynowie, trzej Rozenkierowie, Konowie, Kacowie. Moje siostry, Stella i Mirka, urodziły się, zanim rodzice wprowadzili się do kamienicy.

Patrząc w stronę Leszna przez zakratowane okienko na podwórze, widziałem pusty, spokojny dziedziniec sąsiedniego domu, którego brama wychodziła na  Leszno. Na nasze trzecie piętro przychodzili sprzedawcy domokrążcy. Kiedy jeden z nich, brzuchaty, zasapany, otwierał torbę, buchały z niej kuszące zapachy. Sprzedawał czekolady i herbaty. Czasem przychodził z córeczką. Mama lubiła go i częstowała herbatą Ceylon, którą od niego kupowała. W „Nowolipiu” pisałem o czarnookim Chaskielu, który w chasydzkim ubraniu przychodził przed świętami do mieszkań, zbierając zamówienia na koszerne wino „Karmel”. Jak Chaskiel miał przyjść, moje siostry wykazywały nagłe zainteresowanie winem. Siadały przy stole i wpatrywały się w jego piękne oczy.

Służąca bywała jak członek rodziny, spała w kuchni. Rano szła przez jezdnię do sklepu spożywczego pana Hochgelerntera z książeczką, on zapisywał wszystko, co wzięła. Raz na tydzień przychodziła tam mama i następowało rozliczenie. 

Na Nowolipiu ważnym miejscem był skład apteczny pana Frankensteina, w którym można było dostać niektóre lekarstwa, np. proszek od bólu głowy „z kogutkiem”, często zażywany przez moją siostrę Mirkę. Po drugiej stronie ulicy, na Nowolipiu 50, było kilka podwórek. Chyba w drugim z nich firma mojego ojca miała w obszernej suterenie warsztat. Pachniało tam żelazem, stały śrubsztaki i gwintownice. W trzecim była stajnia z czterema końmi. Mieli platformy do przewożenia ciężkich towarów. Furmanami byli trzej synowie właściciela, wszyscy mieli duże żółte siekacze, tak, że mama całkiem poważnie mówiła, że ich matka musiała zapatrzyć się na konie! 

Kiedyś, podczas spotkania autorskiego, któryś z czytelników zwrócił uwagę, że atmosfera w naszej kamienicy przypominała niewielkie miasteczko. Tyle że tych pięćdziesięciu kilku lokatorów poznało się bliżej dopiero podczas oblężenia we wrześniu 1939 roku. Wszyscy, oprócz państwa Krzyżewskich, byli Żydami. On był szewcem, ale nie od zelówek. Robił buty. Miał wspaniałych synów i piękną córkę, która wyszła za mąż za pułkownika. Podczas oblężenia pani Krzyżewska przyniosła do nas pół bochna chleba – domyśliła się, że jest głodno. Nigdy jej tego nie zapomnę. Nie pamiętam żadnych sąsiedzkich scysji podczas oblężenia. Łączyła nas wspólna sprawa. Budowaliśmy barykadę na Nowolipiu bliżej Smoczej. Poszło na nią sporo starych mebli, gratów – ludzie byli patriotycznie rozemocjonowani, nie żałowali. Szóstego, siódmego dnia wojny, kiedy wydawało się, że Niemcy się zbliżają, lada dzień wejdą, rząd się już ewakuował, nasz dotychczasowy komendant domu (z wyboru) się przestraszył, zrezygnował z funkcji i władzę w kamienicy przejęła młodzież. Tym sposobem na czas oblężenia komendantem zostałem ja.  

Teraz, kiedy stoję na dawnym Nowolipiu 53, nie czuję żadnego związku emocjonalnego z tym miejscem. W kilka lat po wojnie proponowano mi mieszkanie na Muranowie – odmówiłem. Bałem się, że będę słyszał krzyki mordowanych. 

2.Ogród Krasińskich

Najpierw chodziłem do freblówki – czyli prywatnego przedszkola na Nowolipkach, naprzeciw kościoła św. Augustyna. Dzieci przynosiły mleko i jajka na twardo. Pani opiekunka gotowała to mleko, a ja nie znosiłem jego zapachu. Bardzo ważny dla mojego dzieciństwa był Ogród Krasińskich.

Później tę rolę przejął Ogród Saski. W Ogrodzie Krasińskich do dziś jest pagórek z kaskadą, z którego zimą zjeżdżano saneczkami, ale ja się bałem. Do piątego-szóstego roku życia byłem bardzo strachliwym dzieckiem. (Teraz ten chłopczyk z Ogrodu Krasińskich doczekał się tego, że w Pałacu Rzeczpospolitej – Bibliotece Narodowej – znajdują się niektóre jego rękopisy). Płaskorzeźby na tympanonie pałacu robiły na mnie ogromne wrażenie, wierzyłem, że tak ci ludzie wyglądali – świat piękniejszy od tego wokół mnie.

3.Karmelicka

Miałem niecałe sześć lat, kiedy mama zaprowadziła mnie do szkoły pana Krelmana, na Nowolipkach 24, obok Karmelickiej. Karmelicka była wówczas wąziutką, ale bardzo ruchliwą ulicą, przeciskał się nawet przez nią tramwaj. Niedawno odezwała się do mnie z Ameryki wnuczka pani Paulette Krelman: podobno jej dziadek prowadził szkołę na Nowolipkach. Okazało się, że nie przeżył wojny, przeżył jego syn (o którym jest wzmianka w „Nowolipiu”), ojciec pani Paulette.

4.Nowolipki 7

Miałem nie więcej niż dziewięć lat, kiedy zaczęło się moje pisanie. Mocno  mnie to wśród kolegów wyróżniało. Ale nie było zazdrości, oni byli matematykami, a ja takim dziwadłem, które pisze. Uważali, że dobrze mieć wśród siebie chłopaka, który współpracuje z „Małym Przeglądem” (piątkowym dodatkiem do „Naszego Przeglądu”). Redakcja mieściła się na Nowolipkach 7, obok Pałacu Mostowskich. Ten dom ocalał i jeszcze w latach dziewięćdziesiątych prowadziłem do niego zafascynowanych Korczakiem dziennikarzy japońskich. Kamienicę, którą należało uznać za zabytek, zburzono w 1992 roku. 

Na klatce schodowej wisiała skrzynka, do której dzieci mogły wrzucać  artykuliki, tzw. listy. Podziwiałem najbardziej czynnych i utalentowanych współpracowników – sławy wśród tej młodzieży – Lusia z Częstochowy, Aneri, Emkott, Harry, Lejzor z Gęsiej, Leon G-rg (po wojnie przyjeżdżał jako Leon Harari z kibucu Maale Hachamisza). Redaktorem naczelnym „Małego Przeglądu” po Korczaku, który pismo założył, był jego sekretarz Jerzy Abramow, znany później jako wybitny prozaik Igor Newerly.

Zespół redakcyjny Małego Przeglądu na wspólnej fotografii z okazji dziesięciolecia istnienia pisma. Źródło: Ghetto Fighters House

Na zdjęciu: Leon-Georg Glattenberg, później znany jako Ze'ev Harari (górny rząd, drugi od lewej), Edwin Markuze (górny rząd, trzeci od lewej), potem kolejno: Lejzer Czarnobroda Madzia Markuze, Igor Newerly, Ludwig Mirabel, Kuba Kirstein, Shlomo Kurzbard (górny rząd, drugi od prawej), Efraim Rozen (górny rząd, czwarty od prawej), Dycia Goldgraber (dolny rząd, druga od lewej), Dorka Goldgraber (dolny rząd, trzecia od lewej), dalej kolejno: Renia Herszenfus, Stefa Reif, Irena Librader (dolny rząd, druga od prawej) i Maurici Kotler.

5.Pawia/Dzielna

Później przez pewien czas chodziłem na ulicę Zamenhofa 7 lub 9 do szkoły Zrzeszenia Nauczycieli. Szkoła znajdowała się między Pawią a Dzielną, od strony Pawiaka. Nauczyciele byli bardzo ambitni. Mieliśmy własne gospodarstwo rolne, uprawialiśmy w nim warzywa.

6.Bohaterów Getta/Andersa

Rzadko bywałem na Nalewkach. Kiedyś poszliśmy tam z mamą, żeby kupić mundurek do gimnazjum. Do czwartej klasy gimnazjum nosiło się mundurek z niebieskim lampasem, a w liceum – z bordowym. Tyle że już w czwartej gimnazjalnej wszyscy nosili z bordowym, niby po to, by nie kupować na przyszły rok, ale naprawdę dlatego, że chłopcy chcieli zaimponować dziewczynom.

7.Park Traugutta

Grać w piłkę nożną chodziliśmy za Dworzec Gdański, na Plac Broni lub do pobliskiego Parku Traugutta, trzeba było przejść przez Muranowską. Jeden z braci ojca, Mojsze, miał marny sklepik spożywczy właśnie na Muranowskiej,  pamiętam złoto sprzedawanych tam piklingów w drewnianych pudełkach. W końcu zrezygnował z prowadzenia sklepu, zaczął pracować u mojego ojca. Nie znał fachu, ale przydawał się, dostał kożuch i pilnował nocą armatury przed złodziejami. Czasem brał się do łopaty, dorabiając przy wykopach. W soboty przychodził do nas, na Nowolipie, by czytać odkładane dla niego przez cały tydzień gazety. Zginął w Treblince – on, jego duża, tęga żona i córka.  Kiedy po latach pisałem o naszej podwórzowej piłce nożnej, ulokowałem boisko  na Obozowej. Ale tam też chodziliśmy grać – z miejscową drużyną chrześcijańskich chłopców. Mieszkał tam zaprzyjaźniony z nimi Mundek Grozberg, którego ojciec był stolarzem. Może Mundek ocalał – mówił i zachowywał się jak tamci chłopcy, wyglądem też się nie różnił. Bardzo go lubiłem.

Leszno i Bielańska to ulice, na które chodziliśmy do klubów grywać w ping-ponga. Na Bielańskiej był „Maraton”, „Hakoach” mieścił się na Lesznie, po parzystej stronie, bliżej Żelaznej. 

8.Miodowa

Do szkoły jeździłem albo tramwajem zero – wsiadałem na Nowolipiu róg Smoczej i potem Smoczą, Gęsią, Nowiniarską przez plac Krasińskich do Miodowej – lub dziewiątką, jak w piosence: „dziewiątką pojechać w Aleje”. Do dziewiątki trzeba było dojść na Leszno, a potem wyskakiwaliśmy na Miodowej róg Senatorskiej, bo przystanek znajdował się trochę dalej. Niby nie było wielkiego ruchu samochodowego, ale ryzyko istniało, coś mogło nadjechać akurat wtedy, kiedy wyskakiwałem. 

9.Aleja Solidarności

Ulica Leszno, której nazwę na centralnym odcinku zmieniono na aleję Solidarności, biegnie ze wschodu na zachód i jest jedną z najlepiej oświetlonych słońcem ulic Warszawy. Za „moich” czasów była węższa, mimo to szły przez nią dwa tory  tramwajowe. 

Leszno było Alejami Ujazdowskimi żydowskiej dzielnicy. Prócz kilku popularnych kin działających po parzystej stronie miało zostać otwarte nowe, eleganckie kino „Femina”, ale zaprotestował proboszcz znajdującego się naprzeciwko kościoła Najświętszej Marii Panny, twierdząc, że otwieranie takiego „przybytku rozpusty” tuż obok kościoła to świętokradztwo. Naprawdę chodziło mu o to, że właścicielem kina był pan Bachrach. Kina działały przecież i w salkach parafialnych: na Pradze kino św. Andrzeja, dwadzieścia pięć groszy bilet, wzdłuż rzędów chodził ksiądz ze szpicrutą, pilnując, by dziewczyny siedziały po jednej stronie, a chłopcy po drugiej. Paradoksem jest, że na otwarcie „Feminy” zezwolili dopiero Niemcy – podczas okupacji. 

10.Solna

Na lewo od kina „Femina” przebiegała ulica Solna, z której zachował się tylko jeden dom. Na Solnej 9, w bardzo przyzwoitej kamienicy, mieszkała moja babcia z dziadkiem. Na Lesznie, chyba pod numerem 21, był ŻASS – Żydowskie Akademickie Stowarzyszenie Sportowe. Poznałem tam przy siatkówce jasnowłosą Ginę, moją pierwszą miłość. 

11.Aleja Solidarności 127

Gina mieszkała w kamienicy Leszno 56, naprzeciwko gmachu sądów, a ja wystawałem pod bramą, licząc na to, że może uda mi się ją zobaczyć. Jeśli wychodziła z domu, szedłem za nią aż do Świętojerskiej. Był maj 1939 roku, kiedy podszedłem do niej na ulicy. Miałem dla niej zdjęcia, które  w rocznicę śmierci Józefa Piłsudskiego, podczas uroczystości składania przez uczniów hołdu cieniom marszałka, zrobił na moją prośbę uliczny fotograf. Mówił, że musimy się spotkać, należą mi się pieniądze. A ja – nie wiem, czy uniosłem się honorem, czy nagle przestała mi się podobać – odpowiedziałem: „Nie jestem w kłopotach finansowych!”. W „Nowolipiu” opowiadam o tym, jak zdjęcie Giny pomogło mi w oczach Niemca na granicy, kiedy szedłem na sowiecką stronę – wyglądała bardzo po „aryjsku”. „Miłość się opłaciła” – podsumowałem tę opowieść na jakimś spotkaniu autorskim.

W latach pięćdziesiątych napisała do mnie jedna pani z Kanady, że widziała Ginę w getcie. Była nadal śliczna i elegancka, ale chora na gruźlicę. Trafiła do żydowskiego sanatorium w Otwocku, a potem wróciła do Warszawy i tutaj ślad się urywa. Ojciec Giny przeniósł do getta swoją drukarnię z Elektoralnej, ale w getcie powodzenie materialne stawało się psychologiczną pułapką. Gdyby przeszli na aryjską stronę, Gina, niebieskooka blondynka, pewnie by przeżyła.

12.Aleja Solidarności 74

Inne ważne dla mnie miejsce na Lesznie to kościół ewangelicki, bo pod nim, przy bramie ze sztachetami, o określonej godzinie mijałem śliczną, zaprzyjaźnioną z Giną dziewczynę w granatowym mundurkowym paletku i białej pilotce na jasnych włosach. Wiedziałem, że ma na imię Lusia. Nigdy nie zamieniliśmy ani słowa, ale wiedzieliśmy, o której i gdzie będziemy się mijać. Chodziła do gimnazjum Dicksteinowej w pobliżu kina „Maska”. Opisałem w „Nowolipiu”, jak one dwie i piękna Judyta Cukier, moja daleka kuzynka, i jeszcze inne dziewczyny, na kilka dni przed wojną śpiewały, stojąc na tarasie nadwiślańskiego basenu Makabi, „Alexander's Ragtime Band” Irvinga Berlina. Śpiewały dla nas, chłopców, a my popisywaliśmy się dla nich wyczynami gimnastycznymi. I choć nie ma już tych dziewcząt, ale wciąż są i śpiewają. W pamięci pozostały młode i piękne.

Kościół ewangelicki był podświetlany nocą, reflektory znajdowały się po drugiej stronie ulicy. Przed wojną ani razu nie byłem w środku, ale lubiłem przyglądać się mu z zewnątrz, bo każdy czternastoletni chłopak jest trochę romantykiem. Porównywałem go z gotyckimi budowlami. Na tym tle wypadał dość biednie, ale w Warszawie i tak się wyróżniał. Po wojnie znalazłem się w nim kilkakrotnie. Okazją były, niestety, msze za naszych zmarłych kolegów.

Na tyłach kościoła ewangelickiego biegła ulica Mylna. Była kręta i zgodnie z nazwą trudno było tam trafić. Jej wylot wypadałby dziś koło kina „Muranów”. Mieszkała tam ciocia Dora z dwoma małymi kuzynami. Tam, gdzie teraz jest boczna ściana Pałacu Mostowskich, aż do Arsenału biegła druga nieistniejąca dziś ulica – Przejazd, na której znajdowało się kino „Fama” drugiej kategorii, w którym bilety kosztowały siedemdziesiąt pięć groszy i odbywały się premiery filmów w jidysz.  W kinie „Maska” na Lesznie oglądało się melodramaty z Hollywood. Były trochę przycinane, gdyż w ciągu dwóch godzin trzeba było wyświetlić dwa filmy. Najczęściej były dozwolone dopiero od lat 18, lecz wpuszczano nas, tylko że musieliśmy stać pod ścianą koło bocznego wyjścia i gdy „kontrol” przyszła, uciekaliśmy na podwórze. Ale dzięki tolerancji bileterów mogłem obejrzeć dokładnie nogi Joan Crawford. 

13.Długa 25

Kinematograf Miejski znajdował się na Długiej 25, w pałacyku z małym, stylowym dziedzińcem. Miejsce istotne dla mojej biografii. W soboty i niedziele pokazywano tu filmy krajoznawcze, przyrodnicze. Przed seansem jakiś szczupły pan w okularach miał dla publiczności odczyt. Kino naprawdę wychowywało dzieci. W „Nowolipiu” wspominam też, że właśnie tutaj pierwszy raz byłem w kinie z dziewczyną, zresztą przypadkowo, na filmie „Rose Marie”. Po seansie poprosiła: „Odprowadź mnie do domu!”. Byłem nią zauroczony, ale miała trzy lata więcej ode mnie, nigdy jej już więcej nie widziałem.

14.Wierzbowa

Chodziłem też do droższego kina „Adria” przy ulicy Wierzbowej, gdzie obejrzałem m.in. film „Szarża lekkiej brygady” z Errolem Flynnem i do kina „Uciecha” na Złotej, ale częściej do kin tańszych, w naszej dzielnicy, np. do kina „Promień” na Dzielnej, gdzie wyświetlano westerny z Kenem Maynardem.  Można powiedzieć, że wychowałem się w kinie. Dla moich kolegów, którym opowiadałem filmy, zresztą niekoniecznie przeze mnie widziane, byłem kimś w rodzaju scenarzysty.

15.Senatorska

Zdawałem do gimnazjum Kryńskiego na Senatorskiej. Na egzaminie tak zawaliłem matematykę, że nie powinni byli mnie przyjąć, ale profesor Chłopski, historyk, dał mi do zrozumienia, że wyróżniłem się dzięki wypracowaniu z polskiego. „Kryński” (tarcza nr 100) – było to jedyne gimnazjum w Polsce, które dostało zgodę od kuratorium na czterdziestominutowe lekcje, bo choć mieliśmy wiele przedmiotów, to nasz ambitny dyrektor wprowadził bardzo efektywny system nauczania, zwany półdaltońskim. W gmachu znajdowało się wiele specjalistycznych pracowni, więc niewiele siedzieliśmy w klasie, tylko wędrowaliśmy z teczkami z sali do sali.

Na parterze budynku była Gelateria Veneziana, sprzedawano w niej lody włoskie. Lodziarnię opisałem w powieści „Przed wielką pauzą”. Z profesorem schodziliśmy tam na lody po dwadzieścia groszy, ale prawdziwe, włoskie, nie na patyku i nie z maszyny. W głębi, za dziedzińcem, było chrześcijańskie gimnazjum żeńskie. Obawiając się afrontu od religijnych katolickich dziewcząt, nigdy nie próbowaliśmy z nimi flirtować. Po latach spotkałem absolwentkę tamtego gimnazjum, która wykrzyknęła: „A myśmy tak czekały!”.

Gmach gimnazjum został spalony we wrześniu 1939 roku. Odbudowując go potem, sięgnięto do dawnych planów, nie odtwarzając przedwojennego wyglądu. Przyglądałem się pożarowi, zapamiętałem białą miseczkę stojącą pośród płomieni na parapecie w sali laboratoryjnej. Tam spaliła się też moja nagroda, której nie odebrałem – tom poezji Słonimskiego. Przyznano mi ją za pierwsze miejsce w konkursie na wypracowanie o naszej szkole. Nauczyciele posłali je do „Małego Przeglądu”, który w 1939 roku opublikował je na pierwszej stronie pod tytułem „Moja szkoła”. Opowiedziałem po wojnie o tym Słonimskiemu – o tomie jego poezji, nagrodzie, która spłonęła wraz ze szkołą.

Często przyglądaliśmy się Pałacowi Prymasowskiemu, który znajduje się na ulicy Senatorskiej naprzeciw gimnazjum. Był własnością prymasa Michała Poniatowskiego, brata króla Stanisława. Przed wojną mieściło się tu Ministerstwo Rolnictwa i Reform Rolnych. Zawsze ciągnęło mnie do środka, no i się w końcu spełniło, tylko na smutno: stałem na warcie u trumny Lucjana Rudnickiego, a później u trumny Leona Kruczkowskiego.

Na Senatorskiej była też galeria Luxemburga. Został z niej szkielet, a potem i to zburzono, a szkoda, galeria tętniła życiem: było kino, dancing, teatr rewiowy, drukarnia, mnóstwo sklepów. W sierpniu 1939 roku warszawiacy zbierali się właśnie w tej galerii, żeby przejść do kopania rowów przeciwlotniczych. Pamiętam Adolfa Dymszę z łopatą.

Galeria Luxemburga. Źródło: Domena Publiczna

W okolicy budynku, gdzie teraz Marek Kondrat ma winiarnię, obok kina „Adria” był automat z kanapkami po dwadzieścia groszy. Nie wierzyliśmy, że to naprawdę automat, to byłoby zbyt cudowne. Podejrzewaliśmy, że w środku ktoś siedzi i te kanapki podaje. Można było „na automat” podrywać dziewczyny.

16.Bielańska

Na Bielańskiej, obok klubu „Maraton”, znajdował się teatr „Nowości” Idy Kamińskiej, gdzie pierwszy raz w życiu byłem na koncercie symfonicznym. Na poranek symfoniczny zabrał nas profesor Chłopski, wielki meloman, chciał nas muzycznie edukować. Dzięki niemu też byłem kilkakrotnie na eliminacjach konkursu chopinowskiego.

W kinie „Europa”, mieszczącym się w kamienicy sąsiadującej z domem na rogu Świętokrzyskiej, gdzie potem była kawiarnia „Nowy Świat”, Korczak zorganizował dwa seanse dla współpracowników „Małego Przeglądu”. Przesyłki od redakcji roznosili wolontariusze – przeważnie chłopcy. Przynieśli mi książkę Asolanta „Dusiciele Bengalu”, a innym razem – pocztówkę z wisienkami, która uprawniała do wejścia na seans filmowy „Chłopcy z Placu Broni”. Miałem prawo zabrać ze sobą dwie osoby – to był pomysł Korczaka, żeby dziecko prowadziło mamę do kina, nie na odwrót. Zabrałem mamę i brata. Podczas seansu zazdrosny o mój sukces brat kopał siedzącego przed nim pana. Pan się odwrócił, ukazując twarz znaną ze zdjęć. „Przestań, to Korczak!” – szepnąłem, ale brat  nadal go kopał. Wtedy byłem świadkiem klęski pedagogicznej Korczaka: przesiadł się do innego rzędu.

17.Krochmalna

Targowisko Wielopole  wyglądało jak rzymskie Koloseum, a znajdowało się w pobliżu Hali Mirowskiej. Jego wnętrze wypełniały sklepy, głównie odzieżowe. Tam mama kupowała dla mnie mundurek. Targowanie się należało do miejscowych rytuałów. Sprzedawca wyskakiwał za mamą, wołając: „Ja nie mogę do tego dołożyć, na moje sumienie! Przecież to gabardina!”. Na to moja sarkastyczna mama: „Tak, leżała koło gabardiny!”. Młodzi mówili po polsku. Rodzice między sobą różnie, do dzieci po polsku. Ze sprzedawcami rozmawiali też różnie – sklepikarze mówili po polsku, ale straganiarze po żydowsku.

Stragany przed Halą Mirowską przy pl. Żelaznej Bramy, 1935 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na zewnątrz okrąglaka, przy ulicy Rynkowej (kiedyś Gnojnej), mój wuj miał sklep z porcelaną, który przedtem był własnością dziadków. Później babcia, bardzo przywiązana do handlu porcelaną, której znawstwem się szczyciła, miała stragan, stała przy nim, mocno okutana, także na mrozie. Pisałem w „Nowolipiu” o tym, że miała szczęście umrzeć, jeszcze zanim powstało getto. Tłum sprzedawców z Wielopola odprowadzał ją w kondukcie.

 

 

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Stanisław

Krajewski

Filozof, matematyk, publicysta

Pomarcowe poszukiwania

Ulice Waliców, Elektoralna, Puławska, plac Grzybowski – tędy biegły ścieżki szukających duchowej drogi w judaizmie.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę