Żydowska Warszawa

Henryk Rajfer

Objazdowe centrum kultury

Henryk Rajfer – aktor Teatru Żydowskiego, który nie jest rodowitym warszawiakiem, lecz związał się ze stolicą w 1973 roku, gdy przyjechał tutaj do pracy z rodzinnego Śląska. Przedstawiciel tej części społeczności żydowskiej, która nie łączyła swojej tożsamości z życiem religijnym. W czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej jej spoiwem było Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, świecka organizacja żydowska powstała w 1950 roku z połączenia Centralnego Komitetu Żydów Polskich i Żydowskiego Towarzystwa Kultury. Henryk od wielu lat zasiada w jej władzach, a jako wieloletni aktor Teatru Żydowskiego, w którego siedzibie mieścił się również stołeczny klub TSKŻ, miał okazję obserwować różnice między działalnością tej organizacji w stolicy oraz w innych polskich miastach. Jego współczesna żydowska Warszawa to więc rejon placu Grzybowskiego, gdzie mieściły się obie instytucje – i podwarszawski Śródborów, do którego często wyjeżdżali członkowie TSKŻ. Opowiada o tym przy współudziale Teresy Wrońskiej, wieloletniej kierowniczki muzycznej Teatru Żydowskiego, która – jak podkreśla – znacznie lepiej pamięta ich wspólną historię. 

Henryk Rajfer. Zdjęcie: M. Sowińska

Henryk Rajfer opowiada: - Pochodzę z Katowic, lecz od 1973 roku mieszkam w Warszawie. Jestem ostatnim, ósmym dzieckiem moich rodziców, jedynym, które zostało w Polsce. Mama pracowała w stołówce gminy żydowskiej, ojciec był dość zamożny – miał pracownię krawiecką, dotował gminę. Rodzina była świecka. Tata stracił wiarę podczas wojny, po Zagładzie uznał, że Boga nie ma – choć później pogrzeb miał religijny. Ja też – w przeciwieństwie do moich sióstr, które wyemigrowały w latach osiemdziesiątych do Izraela – religijny nie jestem, choć obchodzę wszystkie ważne święta żydowskie. Nasze życie, jak wielu innych Żydów w tamtym okresie, od początku było związane blisko ze świecką instytucją – Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce i od niego zaczęła się też moja zawodowa przygoda z teatrem. 

Henryk Rajfer pod Teatrem Żydowskim. Zdjęcie: M. Sowińska

W dzieciństwie wspólnie z siostrami uczestniczyłem we wszystkich organizowanych tam zajęciach. Katowicki TSKŻ miał bardzo rozwiniętą działalność kulturalną, współpracował z wybitnymi artystami – kółko plastyczne prowadził tam Jerzy Duda-Gracz, teatralne – Stanisław Brudny, odbywały się również zajęcia muzyczne. Organizowano konkursy w oddziałach – w Bytomiu, Sosnowcu, Będzinie. Obchodzono wszystkie święta. Joint (American Jewish Joint Distribution Committee) wspierający TSKŻ przysyłał z ich okazji paczki z owocami, kawą, herbatą i słodkościami. Członkami TSKŻ mogli wtedy być Żydzi oraz ich współmałżonkowie, niezależnie od pochodzenia. Często przyjeżdżał do nas Teatr Żydowski, prowadzony jeszcze przez jego założycielkę Idę Kamińską, który w planach występów miał zawsze spektakle w ośrodkach związanych z kulturą żydowską, by umożliwić społeczności kontakt z językiem jidysz. Chadzałem więc również na większość przedstawień, bardzo mnie interesowały.

W 1968 roku, gdy rozpoczęła się nagonka na Polaków żydowskiego pochodzenia, ojciec spytał nas, czy chcemy wyjechać do Izraela. Siostry chciały, ja nie. Po szkole średniej zdawałem na Politechnikę Gliwicką. Nie dostałem się – teraz mój syn realizuje te plany. Przewodniczącym TSKŻ w Katowicach w tamtym czasie był Aleksander Sapir. Któregoś dnia powiedział mi, że Szymon Szurmiej szuka aktorów do Teatru Żydowskiego w Warszawie i jego córka chciałaby skorzystać z tej okazji. Z Szurmiejem zetknąłem się już wcześniej, w Berlinie, gdzie reżyserował program występu zespołu cygańskiego Roma we Friedrichstadt-Palast. Brały w nim udział moje siostry, a ja przyjechałem do nich z wizytą. Spytał wówczas, czy umiem śpiewać i gdy przyznałem, że chodziłem na zajęcia chóru w Katowickim Pałacu Młodzieży do profesora Pospiecha, zagaił: - Jak zdasz maturę, może byś do nas przyszedł? 

Henryk Rajfer we wnętrzu Teatru Żydowskiego. Zdjęcie: M. Sowińska

Zgłosiłem się więc do niego. Z miejsca przyjął mnie na etat – i tak zostałem w Teatrze na czterdzieści dwa lata. W dzisiejszych realiach trudno w to uwierzyć! Od razu otrzymałem etat i zacząłem grać duże role, począwszy od spektaklu Dybuk – z którym jestem chyba najmocniej związany – grałem w nim Chasyda, Henocha, Sendera i w końcu gram aktualnie Cadyka. Równolegle zacząłem działać w TSKŻ – teatr i ta organizacja były jak naczynia połączone. Siedziba warszawskiego oddziału TSKŻ mieściła się w budynku Teatru w pomieszczeniach po spółdzielni Bumet. Przewodniczącym TSKŻ był wówczas Edward Rajber – jednak niedługo później umarł i jego funkcję przejął Szymon Szurmiej. Sekretarką była Ruta Gutkowska, dyrektorką biura Halina Szymańska. Biura były w sali numer 101, gdzie teraz znajduje się zaplecze małej sceny teatru, obok pokoju, w którym urzędowała Halina Szymańska.

Odtąd moje warszawskie życie koncentrowało się wokół placu Grzybowskiego, gdzie po wojnie ulokowała się większość żydowskich instytucji i organizacji.

1.Plac Grzybowski 12/16

Przy placu Grzybowskim 12/16 mieścił się zarząd główny TSKŻ i zarazem jego warszawski oddział terenowy, jeden z siedemnastu w całej Polsce. Klub prowadzony przez Towarzystwo – podobnie jak pozostałe – pełnił rolę głównego miejsca spotkań żydowskiej społeczności. Przychodzili tutaj Żydzi, którzy nie zdecydowali się wyjechać z Polski w 1968 roku, znali język żydowski – „język mamy”, chcieli utrzymać z nim kontakt. Wielu trafiło do Warszawy ze wschodu, z terenów Związku Radzieckiego, gdzie przeżyli wojnę, a potem zaniosło ich w różne strony, często odległe od przedwojennego miejsca zamieszkania. Niewielu trafiało się rdzennych warszawiaków – bo niewielu przeżyło warszawskie getto. Wśród stałych bywalców było wielu starszych przedstawicieli inteligencji, ale przychodziła też młodzież. Trochę działał syndrom Zagłady – chciano trzymać się razem, by poczuć się bezpiecznie, a także schować się przed antysemityzmem, doświadczanym wtedy boleśnie na co dzień. W PRL nie było alternatyw dla takich osób – czujących więź z kulturą żydowską, ale niekoniecznie poprzez religię. Życia religijnego też nie było, żydowskich partii politycznych nie było, nie działały rozliczne kluby, jak przed wojną. Bardzo podkreślano wtedy różnice między TSKŻ a Związkiem Gmin Wyznaniowych Żydowskich – że w przeciwieństwie do gminy jest organizacją świecką, że żydowskość nie musi bynajmniej polegać na aktywności religijnej. 

W sali 101 odbywały się często imprezy, występy, prelekcje. Zajęcia z jidysz prowadził profesor Michał Frydman, wybitny pedagog, erudyta – dlatego sala nosi dziś jego imię. Działały kółka zainteresowań, między innymi szachowe, chór prowadzony przez Edwarda Wołczewskiego, męża Kazimiery Wołczewskiej, który nie był Żydem, ale znakomicie opracowywał pieśni w jidysz. Zofia Banat-Fornal, światowej sławy esperantystka, organizowała wykłady na temat swoich spotkań z esperanto, którego jej mąż, Jerzy, nauczył się specjalnie dla niej i potem realizował w tym języku monodramy dla publiczności TSKŻ. Zofia ocalała z getta warszawskiego, jej właśnie zawdzięczamy ocalenie wielu tekstów piosenek z getta, które można zaliczyć do nurtu pieśni ulicznych. Kontakt z klubem pozwalał też na obcowanie z wybitnymi i ciekawymi postaciami, słuchanie ich historii, poznawanie niekiedy niesamowicie splątanych ludzkich losów. W warszawskim TSKŻ, jak we wszystkich jego oddziałach, działała również doskonale wyposażona biblioteka, prowadzona przez Stellę Praszkin i Florę Kapulkin. Stella była kobietą o niespożytej energii i zapaloną melomanką. Do końca swych dni wykupywała abonament na koncerty w Filharmonii Narodowej, nie mogła żadnego odpuścić. To ona podejmowała decyzje o zakupie nowych pozycji do księgozbioru, znała doskonale jidysz, wiedziała, na co jest zapotrzebowanie i czego brakuje. Członkowie klubu prenumerowali też wydawaną przez TSKŻ gazetę „Fołks Sztyme”.

2.Otwock, ul Literacka 6

Budynek Śródborowianki. Źródło: Domena publiczna

W Śródborowie pod Warszawą (Ośrodek Szkoleniowo-Wypoczynkowy „Śródborowianka”, ulica Literacka 6, Otwock) mieścił się dom wypoczynkowy TSKŻ. Członkowie organizacji mogli tutaj spędzać wolny czas. Niektórzy, zwłaszcza starsi, przemieszkiwali tam dłużej, jak na przedwojennym letnisku. Opłaty za pobyt i wyżywienie były niskie – koszty funkcjonowania ośrodka pokrywał w dużej mierze Joint z dotacji charytatywnych. Dla Polski przeznaczono co miesiąc określoną pulę w dolarach. Szczególną rolę w finansowaniu TSKŻ odegrał Akiwa Kahane – delegat na Polskę, który mieszkał w Stanach Zjednoczonych, lecz często odwiedzał nasz kraj. Dzięki Jointowi starsi członkowie TSKŻ dostawali również zapomogi, wypłacane co kwartał – było to około dwudziestu-czterdziestu dolarów miesięcznie, w tamtych czasach znacząca kwota.

Seniorzy lubili przebywać w swoim towarzystwie, czuli się w „Śródborowiance” niczym w domu. Często odbywały się tam zloty młodzieży żydowskiej, a także kombatantów. Aktorzy Teatru Żydowskiego przyjeżdżali na turnusy wczasowe. Atmosferę panującą w ośrodku oddał Piotr Paziński w powieści Pensjonat. Pod koniec lat osiemdziesiątych Halina Szymańska, chcąc zintegrować młodzież przychodzącą do TSKŻ, założyła Klub Młodych. Raz w miesiącu spotykali się w Śródborowie na wyjazdach finansowanych przez Joint. Było to przeniesienie działalności TSKŻ na letnisko – odbywały się tam różne zajęcia, między innymi z piosenki żydowskiej – chodziło o to, by zainteresować młodych ludzi jidysz, by nie zatracili kontaktu z językiem. 

Henryk Rajfer pod Teatrem Żydowskim. Zdjęcie: M. Sowińska

Jednym z obowiązków Teatru Żydowskiego, podobnie jak TSKŻ mieszczącego się przy placu Grzybowskim 12/16, były występy w ośrodkach regionalnych. Formowano w tym celu tak zwane brygady artystyczne, dziesięcio-dwunastoosobowe, które czasem były w drodze i przez czternaście dni z rzędu, objeżdżając całą Polskę zdezelowanym autokarem. To były przygody! A jakie przywitania! W Żarach pan Grin, wiedząc o naszej wizycie, wstawał przed świtem, o szóstej rano był już na dworcu, zabierał nas do siebie w gościnę. Serwował potrawy żydowskie, zimą palił w piecu i grzał gar herbaty. Często nie rezerwowałem hotelu, wolałem nocować u miejscowych. W Katowicach obowiązkowym punktem programu była wizyta u mojego ojca, który był niezmiernie dumny, że ja, wychowanek tamtejszego TSKŻ, występuję teraz na głównej scenie teatru. W Lublinie tamtejszy ośrodek TSKŻ nie dysponował własną salą na koncerty, więc wynajmował pomieszczenia w Lubelskim Domu Kultury albo nawet w akademiku... Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zdarzyło się nam również występować w głównej auli KUL – przy pełnej widowni! Moja działalność we władzach TSKŻ zaczęła się właśnie od ustalania tras takich wypraw. W latach dziewięćdziesiątych zostałem wybrany do zarządu głównego Towarzystwa, byłem działaczem koordynującym sprawy teatru, włącznie z wyjazdami do ośrodków, do moich obowiązków należało przygotowywanie sprawozdań z wyjazdów. Miałem też doskonały kontakt z członkami TSKŻ w poszczególnych ośrodkach. Zapraszano mnie tam często prywatnie – byłem popularnym aktorem, liczono na wspólne biesiadowanie, opowieści. Zdarzało mi się więc prosto po spektaklu wsiąść w pociąg i jechać do Szczecina. Bywało, że towarzyszył mi w tych wyprawach siedemdziesięcioletni wówczas Michał Szwejlich, ulubieniec publiczności. We wtorek wracał na próbę. 

Do wyjazdów brygad artystycznych przygotowywaliśmy się opracowując scenariusze sztuk żydowskich w jidysz. Wbrew pozorom było to bardzo odpowiedzialne zadanie, bo TSKŻ-owa publiczność, która przychodziła na nasze występy, doskonale znała część tekstów, zaś z kolei niektórzy aktorzy nie wynieśli znajomości jidysz z domu, nauczyli się go dopiero na lekcjach profesora Frydrycha. Reakcje takiej publiczności, rozumiejącej język, były niepowtarzalne – żywiołowo reagowali na wszelkie żarciki, idiomy.

Różnica między Warszawą a innymi ośrodkami była właśnie taka, że tutaj Teatr był u siebie. Koncerty odbywające się w TSKŻ były w pewnym sensie zamknięte, bo informacja o nich docierała głównie do członków. 

Obowiązkowo 19 kwietnia każdego roku obchodziliśmy rocznicę powstania w getcie, niezależnie od gminy żydowskiej. TSKŻ zamawiał też wtedy w Teatrze akademię gettową albo składankowe programy, oparte na źródłowych tekstach. Mieliśmy – zarówno Towarzystwo, jak i Teatr – własną delegację pod pomnikiem. To było dla naszej zbiorowości najważniejsze święto.

 

 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Stanisław

Krajewski

Filozof, matematyk, publicysta

Pomarcowe poszukiwania

Ulice Waliców, Elektoralna, Puławska, plac Grzybowski – tędy biegły ścieżki szukających duchowej drogi w judaizmie.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę