Żydowska Warszawa

Daniel Slomka

Hummus po polsku

Przyjechał do Warszawy w 2011 r. z Netanji w Izraelu. Jak mówi, jego decyzję o przeprowadzce do Polski podyktowały względy osobiste: sytuacja społeczno-polityczna w rodzinnym kraju nie szła w parze ze stylem życia, jakie chciał wieść. - Życie w Izraelu zmuszało mnie do podporządkowania się określonym regułom – mówi. – I choć próbowałem przez jakiś czas się do tego dostosować, poczułem się tym zmęczony.

Przyjazd do Warszawy nie wiązał się dla niego z wielką ideologią: np. odrodzeniem żydowskiego życia, choć – jak podkreśla – był świadom znaczenia, jakie ma dla niego to miejsce, zarówno jako członka społeczności, której centrum świata przez wiele dziesiątek lat była Warszawa; jak i członka rodziny wywodzącej się stąd (dziadkowie Daniela mieszkali przed wojną przy ulicy Miłej). Po przyjeździe okazało się jednak, że został zaklasyfikowany jako żydowski przybysz, emigrant, Izraelczyk. - Te etykietki nie były nacechowane negatywnie, ale były: nieodłącznie towarzyszyły im pytania o kwestie związane z judaizmem, na które często nie umiałem odpowiedzieć, bo nie praktykuję żadnej religii – opowiada.

Niemniej Daniel uważa Warszawę za jedno z najbardziej fascynujących miejsc do odwiedzenia.

*

Postanowiłem nie pokazywać wielkich pomników ani ikon, ale raczej niepozorne miejsca, jakie są obecne na co dzień w życiu każdego z nas, a które mimo swojej zwyczajności mają głębokie historyczne, społeczne lub polityczne znaczenie. Tworzą coś w rodzaju mostu między tym, co prywatne, a tym społeczne, między kimś, kim chciałbym być, a kim jestem, między Danielem Slomką a etykietkami: żydowski, izraelski, warszawski.

1.Plac Trzech Krzyży

Kilkanaście metrów od mojego domu i miejsca pracy, pośrodku tak zwanego „Traktu Królewskiego”, prowadzącego na Stare Miasto, znajduje się plac, którego historia nierozerwalnie łączy się z historią Warszawy. Wytyczono go w połowie XVIII wieku, od tamtego czasu przeszedł kilka metamorfoz, ale jego najważniejsza część, dwie kolumny zwieńczone krzyżem, przetrwały zmiany. Będąc istotną częścią miasta, plac ewoluował wraz z historycznymi wydarzeniami, na bazie dwóch kolumn zbudowano kościół św. Aleksandra (trzeci krzyż), obok pojawił się łuk triumfalny ku chwale polskich żołnierzy, następnie kościół zniszczyli hitlerowcy (plac służył podczas wojny jako zaimprowizowany, tymczasowy cmentarz), i choć został odbudowany w czasach PRL, nie odzyskał pierwotnego kształtu. Nie byłby też w pełni warszawską ikoną bez związków z historią żydowską. Ograniczę się do jednej historii z czasów getta. Podczas wojny, grupka dzieci sprzedawała papierosy, by zarobić na życie. Były wśród nich też dzieci żydowskie, które uciekły z getta na „stronę aryjską”, korzystając z „aryjskiego” wyglądu i znajomości języka polskiego. Sypiały w zniszczonych domach w okolicy, handlowały, także po to, by wspomóc swoich bliskich pozostałych w getcie. Aż trudno uwierzyć w tę historię, gdy ma się świadomość, że podczas wojny plac był centrum aktywności wojsk niemieckich, które rozlokowały się w tej okolicy,  a większość kupujących też stanowili Niemcy. Józef Ziemian, który opisał te historię w książce „Sprzedawca papierosów z placu Trzech Krzyży”, napisał: „Ta grupa żydowskich dzieci, wałęsająca się pod nosem tysiąca policjantów, żandarmów, członków Gestapo i zwykłych szpiegów, stanowiła niewytłumaczalny fenomen”.

Być może dlatego, że plac jest nieco oddalony od monumentalnych upamiętnień związanych z drugą wojną światową i Zagładą, może dlatego, że powstała tylko jedna książka poświęcona tej historii, może dlatego, że jej dramatyczna akcja zagubiła się pośród dostatku i centralnego znaczenia, jakie plac ma dziś (rodzaj centrum biznesowego, wokół którego rozlokowało się trochę drogich sklepów, restauracji i imponujących budynków) – losy Pereca Hochmana, Jurka Polanskiego, Irwina Milchberga i ich przyjaciół są stosunkowo mało znane. Zatrzymajmy się więc tutaj, rozejrzyjmy wokół, wyobraźmy sobie, jak okolica musiała wyglądać wtedy, i oddajmy pamięć tym chłopakom przy pomocy paru wersów piosenki „Papirosn” – która opowiada losy sprzedawców papierosów podczas pierwszej wojny światowej, ale może również służyć za symbol tego smutnego fenomenu, który zaistniał przy placu Trzech Krzyży dwadzieścia lat później:

Kupujcie, kupujcie te papierosy
Kupujcie, są naprawdę tanie!
Kupujcie, miejcie litość
Ocalcie mnie od śmierci głodowej

2.Hoża 40

Z placu Trzech Krzyży idziemy ulicą Hożą, żeby zrobić sobie krótką obiadową przerwę w barze z humusem „Bekef”. To jedno z miejsc w mojej okolicy, w którym często się stołuję. Bary z humusem są coraz bardziej obecne na kulinarnej mapie Warszawy: o ile jeszcze kilka lat temu można było dostać humus jedynie na stoiskach z kebabem albo w modnych bistrach w stylu śródziemnomorskim, w ciągu ostatnich lat Izraelczycy otwarli w stolicy kilka miejsc serwujących humus w podobny sposób, jak w swoim kraju. Szybko zyskały popularność wśród Polaków.

Przystanek w barze z humusem w ramach ścieżki prowadzącej po żydowskiej Warszawie może jednak wydać się banalny. Co ma wspólnego humus z polsko-żydowskimi relacjami? Pytanie rodzi międzykulturowe kontrowersje. Chodzi mianowicie o to, że wraz z rosnącą liczbą barów serwujących humus w Warszawie, przybyło również medialnych informacji, upatrujących w tym trendzie jeden z aspektów żydowskiego odrodzenia w Polsce. Medialna euforia sięgnęła zenitu, gdy jeden z takich barów pojawił się na ulicy Żelaznej, która w czasie wojny była częścią warszawskiego getta, i jeden z głównych izraelskich dzienników oznajmił na czołówce: „Humus w getcie”. Tymczasem humus nie jest bynajmniej żydowską potrawą, ani tym bardziej polsko-żydowską. Warszawscy Żydzi sprzed wojny prawdopodobnie nie mieli pojęcia, czym jest falafel, pita czy tehina. Trudno mi sobie wyobrazić, by czuli jakikolwiek związek z miejscem, gdzie się je serwuje.

Dla mediów izraelskich wygodnie jest przedstawiać wysyp humus barów jako odrodzenie kulturalnego życia w Polsce, ale patrząc na sprawę z kulturowej perspektywy, zaczynamy stąpać po grząskim gruncie: łączenie humusu z polskimi Żydami jest w istocie próbą wymazania ich historycznej osobliwości; łączenia wszystkiego, co żydowskie, z Izraelem i vice versa. Logika takiego porównania jest prosta: co jest izraelskie staje się automatycznie żydowskie, a co żydowskie – izraelskie, więc jeśli humus jest typowo izraelską potrawą, musi być żydowski, zatem i polsko-żydowski. W społeczeństwie izraelskim takie zjawisko określane jest jako „negacja diaspory”, zaprzeczanie możliwości istnienia prawdziwej żydowskiej egzystencji w diasporze, i próba dowiedzenia, że żydowskość w autentycznej formie można znaleźć tylko w Izraelu – więc jeśli pragniemy jej reprezentacji w Warszawie, najprostsze, co można zrobić, to otworzyć bar z humusem. Gdyby iść dalej tym tokiem rozumowania, izraelski humus-bar w Warszawie byłby bardziej „żydowski” niż restauracja serwująca rybę po żydowsku. W ten sposób możemy zanegować niezmiernie bogatą spuściznę kulturalną polskich Żydów, i sprowadzić ich do poziomu talerza z humusem. Skomplikowane? Być może, ale jest esencją punktu, w którym „żydowskość” spotyka się z „izraelskością”. Dodajmy jeszcze polską tożsamość: bądź co bądź, wysyp humus barów można uznać też za kulinarne odzwierciedlenie procesu otwierania się polskiego społeczeństwa na inne kultury. Rosnąca liczba etnicznych restauracji pokazuje społeczeństwo, które przyjmuje pod swój dach inne smaku równie chętnie jak inne kultury – społeczeństwo, które zmieniło się znacznie od czasów, gdy było oddzielone od reszty świata zachodniej Europy żelazną kurtyną.

Gdyby ktoś miał wrażenie, że zbytnio się zagalopowałem, łącząc prostą potrawę z tak dużą dawką historii i kultury, wracam do codzienności. W końcu, niezależnie od tego, czy żydowski, polski, czy izraelski, humus jako taki oznacza dla mnie cząstkę domu. To pamięć z zabierania moich sióstr na lunch, czy biesiadowania z przyjaciółmi w piątkowe popołudnie. Trudno się więc dziwić, że w urodziny zapraszam do humus baru znajomych z pracy. Skomplikowana historia humusu jest też moją historią.

Zdjęcie: Jasmine Bakalarz

3.Miła 64

Wracając do naszego spaceru: w szarej strefie między tym, co prywatne, a tym, co historyczne, wsiadamy w tramwaj jadący z ulicy Hożej na Miłą. Przekraczamy tym samym granicę części miasta utożsamianej z definicją „żydowskiej Warszawy”, a sama ulica Miła jest miejscem wypełnionym żydowską historią. Pod nieistniejącym dziś adresem Miła 18, pozostałości po bunkrze, w którym zginęło dowództwo powstania w warszawskim getcie, stanowią dziś miejsce pielgrzymek dla wszystkich Izraelczyków przyjeżdżających do Polski, by odwiedzić miejsca związane z Zagładą.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego się tu znaleźliśmy: na Miłej 64, w domu, którego też już nie ma, mieszkali Fajwel i Sara Slomka, moi pra-pradziadkowie. Mieszkali kilka lat, zanim wyemigrowali do Brazylii w 1927 r. Jak moja prababcia (urodzona już w Ameryce Południowej) napisała mi kiedyś: „W Polsce nie jesteś imigrantem. Jesteś Slomka, który wrócił do kraju swoich przodków”,. Często przypominam sobie te słowa, i  myślę o nich, czy byliby zadowoleni z mojej decyzji o przeprowadzce do Polski, czy wspieraliby mnie, a z drugiej strony śmieję się z sytuacji, jaka przytrafia mi się za każdym razem, gdy poznaję jakiegoś Polaka: „Zaraz, zaraz – mówią – wyglądasz jak Polak, masz polskie nazwisko, ale gdy zaczynasz mówić po polsku, jest oczywiste, że nie pochodzisz stąd – więc co jest z tobą?”

4.Stawki 5/7

Idziemy kilka ulic dalej na północ, aż do ulicy Stawki, gdzie znajduje się budynek mieszczący Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.  Co poniedziałek chodzę tam na zajęcia. Historycznie, budynek był częścią Umschlagplatzu, skąd żydowscy mieszkańcy Warszawy odjeżdżali na pewną śmierć w obozach koncentracyjnych, sam gmach służył też jako siedziba Gestapo i był świadkiem deportacji. Ten sam gmach, który dziś odwiedzam, i który jest szkołą.

Nie mógłbym wyobrazić sobie bardziej dziwacznego połączenia codzienności z tym, co historyczne, tego, co zwyczajne, z tym, co wyjątkowe. Czasem zastanawiam się, czy decyzja o ulokowaniu wydziału uniwersyteckiego (a w szczególności wydziału psychologii) w tym budynku była świadoma, i kto ją podjął. Gmach, zarówno z zewnątrz, jak i od środka, wygląda tak depresyjnie, jak można by sobie wyobrazić, więc taka decyzja wydaje się co najmniej egzotyczna.

5.Dworzec Gdański

Nasz piąty i ostatni przystanek jest ostatnim na wiele sposobów. Kilkaset metrów od gmachu uniwersytetu na wschód leży stacja kolejowa Warszawa Gdańska – typowy budynek stacji kolejowej, nudny i przewidywalny, pozbawiony szczególnych cech estetycznych. Schowana na jego wschodniej ścianie niewielka tablica (jej odszukanie za pierwszym razem zajęło mi kilkanaście minut) głosi: „zostawili w tym miejscu więcej, niż mieli”. 

W 1968 r., po antysemickim wystąpieniu pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Władysława Gomułki (szefa rządu komunistycznego państwa), resztki żydowskiej społeczności w Polsce opuściły kraj z biletem w jedną stronę.

Choć to wydarzenie może być rozpatrywane w szerszym kontekście wypadków z 1968 roku, jakie miały miejsce po obu stronach żelaznej kurtyny, i antysemickich wystąpień Gomułki związanych z walką o władzę w ramach partii, chciałbym skupić się raczej na słowach Henryka Grynberga wyrytych na tablicy: „zostawili w tym miejscu więcej, niż mieli”. Co takiego zostawili?

Dla Żydów mogły to być resztki żywego kiedyś marzenia o żydowskiej egzystencji w Polsce, marzenia, które po Zagładzie zostało zredukowane do resztek nadziei, jednak wciąż istniejącej w sercach niektórych polsko-żydowskich patriotów, lecz w 1968 r.  rozwiała się ostatecznie. Mogło być tak, że zostawiali tu za sobą tysiąc lat wspólnego życia, powierzonego autorytarnemu reżimowi, który postanowił im zaprzeczyć.

Dworzec Gdański. Zdjęcie: Jasmine Bakalarz

A co zostało na stacji Warszawa Gdańska dla Polaków i Polski? Polacy też marzyli o wielokulturowej, wieloetnicznej, wspólnej egzystencji. Pamiętali o czasach, w jakich ich kraj był fascynującym miejscem spotkania różnych religii, języków i tradycji, teraz zastąpionych monolitycznym państwem jednej partii. Wiedzieli, że nawet dla katolików, znacząca obecność Żydów w Polsce zostawiła kulturalne ślady, dziś już niezauważalne – brakującą część układanki polskiej tożsamości.

Kiedy teraz, w 2014 roku, patrzę na tę tablicę, wydaje mi się że zarówno Polacy, jak i Żydzi, szukają tego, co zostało. Jakby stacja Warszawa Gdańska była jednym wielkim punktem rzeczy znalezionych, który może zawierać wszystkie wspólne wspomnienia, chwile, spotkania i doświadczenia, nie dające się wymazać. Martin Heidegger (choć cytowanie go w tym tekście może zakrawać na ironię) napisał w swoim dziele: „Bycie i Czas”, że historia jest przeszłością, ale przeszłością, która nie zostaje w przeszłości, lecz jest raczej obecna w przyszłości, zmieniając przyszłość. Aktualne próby upamiętnienia żydowskiej przeszłości w Polsce, włączając w to Muzeum Historii Żydów Polskich, nie są pamięcią dla samego pamiętania, czy zaglądaniem w przeszłość – lecz mają na celu  teraźniejszość i przyszłość, twarz Polski w najbliższych latach; nie odrodzenie kultury żydowskiej w Polsce, ale polskiej w Polsce, w łączącym i tolerancyjnym sensie.

Dla mnie jest to część tożsamości Warszawy. Miasta, w którym obecność przeszłości jest tak silna, że idzie z tobą krok w krok w codziennym życiu, nawet gdybyś chciał ją zignorować, miasta, które na każdym rogu ulicy opowiada historię, szuka swojej własnej tożsamości poprzez ukryte opowieści. Ta cecha najbardziej mnie zachwyca, i chciałem pokazać ją również poprzez ten krótki spacer. 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Stanisław

Krajewski

Filozof, matematyk, publicysta

Pomarcowe poszukiwania

Ulice Waliców, Elektoralna, Puławska, plac Grzybowski – tędy biegły ścieżki szukających duchowej drogi w judaizmie.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę