Żydowska Warszawa

Bożena Irene Werbart

Mój Marzec ‘68 i ulica Górskiego

Bożena Irene Werbart w 1968 roku była studentką drugiego roku archeologii polskiej i powszechnej. Studiowała też równolegle archeologię śródziemnomorską u profesora Kazimierza Michałowskiego. Wykłady odbywały się na ulicy Widok 10, gdzie mieściła się Katedra Archeologii, ale także przy Krakowskim Przedmieściu.

Bożena Irene Werbart. Zdjęcie: M. Sowińska

Na 8 marca zapowiadano tu wykład profesora Michałowskiego. Tego dnia Bożena i jej koledzy ze studiów stali się uczestnikami historycznych wydarzeń.

1.Górskiego 4

Mieszkałam przy ulicy Górskiego 4, w tzw. domu pod filarami, gdzie były dwa wejścia: jedna brama od ulicy Górskiego (z widokiem na ówczesny „Dom Chłopa” i Pałac Kultury), druga od ulicy Juliana Tuwima (przedłużenie Kubusia Puchatka) – wspomina Bożena Irene Werbart. - Te dwa wejścia odegrały ważną rolę w czasie wydarzeń marcowych, kiedy przez kilka dni w moim mieszkaniu ukrywał się Józek Dajczgewand, jeden z liderów protestów studenckich. Mieszkałam tam wcześniej z rodzicami i bratem Andrzejem. Rodzice w latach 1967-1968 pracowali w Bagdadzie, w Iraku. Ojciec dostał pracę w Polserwisie, gdzie zajmował się wysyłaniem polskich inżynierów wodnych (od budowania tam) do krajów rozwijających się. Był to dla moich rodziców traumatyczny wyjazd, bo po wojnie sześciodniowej Saddam Husajn, który już wtedy był u władzy, zaczął wieszać na rynku w Bagdadzie Żydów irackich. Wstrząsająca historia, więc moi rodzice postanowili stamtąd uciec, ale wrócili do Polski już po Marcu, oboje wyrzuceni zaocznie z pracy. Moja mama pracowała przedtem w redakcji pisma „Wiadomości Lekarskie”.

Jako studentka pierwszego i drugiego roku archeologii mieszkałam w trzypokojowym mieszkaniu sama, potem z chłopakiem – Markiem, też studentem archeologii. „Chatę” miałam wolną. Aż do 8 marca było bardzo przyjemnie. Wtedy mój brat był już żonaty, choć rodzice musieli na piśmie wyrazić zgodę na jego ślub – gdy go brał, nie miał jeszcze dwudziestu lat. Brat z żoną mieszkali gdzie indziej.

Przez mieszkanie przewijali się różni ludzie, między innymi Adam Michnik, Jan Lityński, a przede wszystkim Józek Dajczgewand, którego wtedy dobrze poznałam. 7 marca wieczorem zadzwonił mój brat z prośbą: „Nie idźcie jutro na wykłady, bo będą bić studentów, przyjdzie milicja i specjalna jednostka z Golędzinowa. No, ale jak już musisz iść, to włóż, błagam, kożuszek”. Oczywiście nie posłuchałam, ale włożyłam kożuszek. To było wstrząsające i dramatyczne wydarzenie, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, na ile traumatyczne na przyszłość…

2.Krakowskie Przedmieście 26/28 (Uniwersytet Warszawski)

Poszliśmy na główny dziedziniec Uniwersytetu i przyłączyliśmy się do siedzącego strajku. Pamiętam bardzo wyraźnie rozpędzenie demonstracji, jak zostałam pobita pałką po nogach (kożuszek był krótki). I pierwsze osobiste doświadczenie i spostrzeżenie, już na samym początku, że biją przede wszystkim dziewczyny, kobiety, ale też chłopców o wyraźnie semickim wyglądzie. To był 8 marca, Dzień Kobiet. Marek razem z innymi studentami z okien BUW-u zrzucał krzesła na Golędziniaków. Nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, znalazłam się nagle sama przed tłumem milicjantów w pełnym uzbrojeniu. Straciłam Marka z oczu i podejrzewałam najgorsze. W takich chwilach człowiek nabiera chyba jakiegoś podświadomego bohaterstwa (czy może desperacji?), więc zaczęłam iść w ich kierunku, z podniesioną głową. Przeszłam przez tyralierę, nawet mnie nie tknęli. I tak nie miałam dokąd uciekać...

3.Krakowskie Przedmieście 3

Natknęłam się na Marka, uciekaliśmy przed milicją w tłumie ludzi. Widziałam, jak studenci wpadali do kościoła Świętego Krzyża, myśmy tam nie weszli (potem była tam masakra), tylko uciekliśmy w ulicę Sewerynów, gdzie była jadłodajnia studencka. Było pusto, cieszyliśmy się, że się nam udało, mieliśmy stamtąd blisko do domu na Górskiego. Nagle usłyszeliśmy potworne wycie i krzyki bitego człowieka. Na ziemi leżał drobny chłopak. Potem się okazało, że to nasz kolega, student historii Eugeniusz Temkin. On nigdy nie wyjechał z Polski, był historykiem i dostał pracę w Muzeum im. Lenina. Urodzony na Syberii w łagrze, wychowany przez matkę, nie miał ojca, był prawie kaleką, miał słuchawki w uszach. I nad tym małym, wątłym chłopcem znęcała się banda Golędziniaków. Zaczęliśmy, przerażeni, bardzo głośno krzyczeć: „Gestapo! Gestapo!”. Wtedy zaaresztowano nas oboje – mnie na krótko, Marka wypuszczono po dwóch dniach.

Podczas przesłuchania pytano mnie o mojego brata Andrzeja. Nie wiedziałam, że również go aresztowano, później został wcielony do karnej jednostki wojskowej na parę miesięcy. Gdy moi rodzice dowiedzieli się o tym, wyjeżdżali już z Iraku.

Wypuszczono mnie szybko, ale pamiętam, że przedtem przyszedł jakiś pułkownik i zaczął na mnie strasznie krzyczeć. Zamknął drzwi w pokoju, ja zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej i powiedziałam, że jak będzie na mnie krzyczeć, to nic w ogóle nie powiem. Wtedy zmienił taktykę, przyniósł ogromną bombonierkę z czekoladkami; nie lubiłam wtedy czekolady, ale postanowiłam się zemścić i zjadłam całą bombonierkę, no i oczywiście źle się później poczułam. Więc z zemsty jadłam te czekoladki, a on mi zadawał absurdalne w moim odczuciu pytania, na przykład: „Jakie stosunki łączą pani brata Andrzeja W. z pani narzeczonym Markiem W.?”, na co odpowiedziałam: „seksualne", żeby rozładować sytuację, bo co to za nonsens? Wtedy dowiedziałam się, że jest jakaś dziupla w drzewie w Ogrodzie Saskim, gdzie mój brat z moim narzeczonym przekazywali sobie nawzajem informacje antypaństwowe dla dziennikarzy zagranicznych. Że to absurd, wiedzieli chyba sami przesłuchujący. Ja się tylko śmiałam i w końcu mnie wypuszczono. 

4.Nowy Świat

Następnego dnia, kiedy puszczono też Marka, siedzieliśmy już na Górskiego, ale nadal słyszeliśmy, co działo się na ulicach, na Nowym Świecie. Józek Dajczgewand był nadal na wolności, uciekł na Górskiego i ukrywał się u nas przez kilka dni. Wszyscy koledzy mojego brata z filozofii wiedzieli, że „chata wolna”. Oczywiście to nic nie pomogło, bo i tak go złapali, ale pamiętam, że wtedy były takie zebrania wieczorem, ze studentami, których nie zdążono jeszcze zaaresztować. Dla mnie bardzo ciekawe, dyskutowało się o polityce, filozofii. Fascynujące, ale jednocześnie czułam przerażenie – ten obraz pobitego do krwi chłopaka prześladował mnie w nocy. Tego nigdy nie zapomnę…

Więc w końcu Józka też zaaresztowali. Przed głównym wejściem od Górskiego stała ciągle biała Nysa. Rano wstawaliśmy i patrzyliśmy, czy jest biała Nysa: „Józek – siedź i nie wychodź”. „Oni” na górę nie wchodzili, wiedzieli, gdzie jesteśmy. Po paru dniach nie było już białej Nysy. Po prostu nie zauważyliśmy, że wjechała pod drzewa i filary. Józek wyszedł z drugiej strony, od ulicy Tuwima i wtedy go zaaresztowano.

5.Widok 10

Po paru dniach poszliśmy do naszej katedry na ulicy Widok 10 i spotkaliśmy docenta Jana Machnika: „Co wy tu robicie, przecież braliście udział w demonstracji, wyrzucą was ze studiów!". Zwróciliśmy się wtedy do naszego profesora Waldemara Chmielewskiego: „Nie, wszystko jest w porządku, ja zrobię wszystko, żeby was nie tknęli". Ale wyrzucili nas i tak. Zostaliśmy relegowani za udział w demonstracji, bo nas złapali i mieli nasze dane. Ale była jeszcze inna historia. Tego samego dnia, 8 marca, kiedy zaczęto bić studentów, pobito wiele osób bardzo brutalnie, między innymi naszą koleżankę ze studiów. Na archeologii było bardzo mało Żydów, na naszym roku byliśmy jedyni. Ta koleżanka, Ula (pracuje do dziś w Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie), Polka z Konina, miała widocznie wyraźny semicki wygląd. Zmasakrowano ją właśnie za to. Ona w ogóle nie miała pojęcia, o co chodzi, ponieważ tego dnia miały być wykłady na terenie Uniwersytetu, a nie, jak zwykle, na ulicy Widok 10. Złamano jej szczękę i potwornie zmaltretowano. Następnego dnia poszliśmy ją odwiedzić w szpitalu, ona nadal nie miała pojęcia, o co chodziło, ale zapałała później do nas, i do wszystkich Żydów, miłością.

Koledzy ze studiów, gdy dowiedzieli się, że nas relegowano, zachowywali się wobec nas zimno i z dystansem – wszyscy z wyjątkiem Uli, która solidaryzowała się z nami, i paru innych porządnych ludzi, którzy z nami rozmawiali. Reszta nie była wrogo nastawiona, ale wyraźnie odcinała się od nas. Były też czasem komentarze typu: „Bo wy Żydki…”, ale większość po prostu bała się i nie chciała mieć z nami kontaktu. Profesor Chmielewski, o którym wspomniałam, powiedział: „Jesteście relegowani, ale przychodźcie na wszystkie wykłady, ja to załatwiam. Macie zdawać egzaminy, nawet jak nie mogę wpisać do indeksu zaliczeń; ja to zanotuję i mam nadzieję, że będziecie mogli być przyjęci z powrotem”.

Moi rodzice wrócili z Iraku, brat był nadal w wojsku, czekał na wyjście, a złożył pismo na wyjazd do Izraela jesienią 1968 roku. Wszyscy chcieliśmy wyjechać, ale nie od razu to się udało. Ojciec poszedł do swojego głównego szefa w Polserwisie, skąd już został wyrzucony, ale jeszcze miał legitymację partyjną. Podarł ją na drobne kawałki i rzucił w twarz szefowi, mówiąc: „Wy skurwysyny!”. Taki był mój ojciec! I tak wiedział, że jedziemy do Izraela. 

6.Nowy Świat

Myśmy z Markiem wzięli ślub w sierpniu 1968 roku, bo wiedzieliśmy, że składamy papiery na wyjazd. Zresztą mieszkaliśmy już razem przez dwa lata. Ślub odbył się na Nowym Świecie, w Urzędzie Stanu Cywilnego, 4 sierpnia 1968 roku, miał charakter „polityczny”. Miałam dwadzieścia lat. Przyszli wszyscy nasi koledzy spośród tych, których już wypuszczono z więzienia, ale nie było Józka Dajczgewanda – nadal siedział.

Zaczęliśmy sprzedawać meble, ale napotkaliśmy bardzo wielkie problemy i czekaliśmy dwa lata na wyjazd. Mój brat wyjechał w 1969 roku, ale moich rodziców zatrzymano, a mnie z Markiem – razem z nimi. Ponieważ mój brat złożył pierwszy papiery, dostał zezwolenie od razu. Potem przyszła pierwsza odmowa dla reszty rodziny. A my w tym czasie nie mieliśmy z czego żyć. Rodzice pomału sprzedawali rzeczy, mieli jakieś oszczędności z Iraku, później wszystkie meble, w nadziei, że już niedługo wyjedziemy. A my z Markiem nagle nie mieliśmy gdzie mieszkać i gnieździliśmy się wszyscy razem. Mieszkaliśmy z rodzicami w moim dziewczęcym pokoju z polowym łóżkiem; meble zostały sprzedane. Na składanym stoliku kempingowym pisaliśmy prace magisterskie. Bo tak długo czekaliśmy na pozwolenie. Wypuszczono nas dopiero w maju 1971 roku, po dojściu Gierka do władzy.

Cała rodzina była bez środków do życia. Matka brała na noc korekty na zlecenie, więc jakoś dorabiała, ojciec poszedł do Teatru Żydowskiego i tam okazało się, że kasjerka wyjechała do Izraela lub zrezygnowała, więc potrzebowano kasjera i biletera. Ojciec pracował w kasie Teatru Żydowskiego czekając na wyjazd.

My założyliśmy natomiast spółkę malarską. Pracowała w niej Dolly Korewa (1926-2014; współpracownica KOR-u i Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, absolwentka szkoły teatralnej i filozofii) oraz inni dysydenci wypuszczeni z więzienia, asystent z wydziału filozofii, jeden socjolog, wszystkich nazwisk nie pamiętam. Było nas pięć lub sześć osób, mózgiem tego przedsięwzięcia była Dolly, o wiele starsza od nas i chyba jedyna, która trochę znała się na ekonomii. Powiedziała, że musimy zarobić dużo pieniędzy, żeby mieć na wyjazd. Myśmy więc studiowali i jednocześnie pracowali. Ubieraliśmy się bardzo elegancko, na głowę wkładaliśmy kapelusze, szliśmy do jakichś badylarzy czy innych bogatych wówczas ludzi, którzy mieli domy pod Warszawą, przedstawialiśmy się, że nasza spółdzielnia nazywa się tak i tak – to był oczywiście wymysł, i oferowaliśmy usługi malarskie. I że to nie potrwa trzy tygodnie, bo nie pijemy wódki w przeciwieństwie do innych malarzy, tylko w pięć dni wymalujemy cały dom. Oczywiście wierzono nam, a my naprawdę robiliśmy dobrą robotę! Mogliśmy zarobić wtedy nawet dwadzieścia tysięcy złotych (oczywiście do podziału).

Potem mogliśmy sobie spokojnie żyć, dopóki starczało pieniędzy, a później dalej malowaliśmy. Pamiętam taką scenę, dosyć śmieszną, jak wyniosłam na klatkę z jakiegoś mieszkania takie małe krzesełka i stoliki, żeby je pomalować olejną farbą na biało, i jakaś pani z córeczką na schodach tak skomentowała moją pracę: „Widzisz, jak się nie będziesz uczyć, to tak skończysz, jak ta pani!”.

Te dwa lata czekania to była tortura dla wszystkich – mieszkaliśmy na kupie, często bez pieniędzy, w trudnych warunkach, bez mebli, można sobie wyobrazić – po prostu gehenna! Czekaliśmy, a każda odmowa to była nowa depresja. 

7.Dworzec Gdański

Na początku maja dostałam dyplom magistra archeologii i jednocześnie pozwolenie na wyjazd. Wreszcie 5 maja 1971 roku wypuszczono nas z Polski. Jechaliśmy pociągiem z Warszawy, przez Berlin, do Sztokholmu. Mój brat mieszkał tam już od dwóch lat. (W 2007 roku Leopold Sobel przeprowadził ze mną wywiad na temat wyjazdu, w Mullsjö w Szwecji, opublikowany w „Plotkies”, nr 38/2008, pt. Holocaust, emigracja i archeologia).

Tablica na Dworcu Gdańskim upamiętniająca marcowych emigrantów. Źródło: Domena publiczna

Aby móc wyjechać, trzeba było załatwić masę papierów w urzędach miejskich – to było rozliczanie z Polską Ludową. Najpierw należało złożyć podanie o wyjazd do Izraela w Ambasadzie Królestwa Niderlandów w Warszawie. Potem zrezygnować z mieszkania na Górskiego (po opłaceniu wielu znaczków ze stemplami). Traktowani byliśmy różnie, w zależności od urzędu i pracowników. Najmilej traktowano nas w niderlandzkiej ambasadzie.

Pakowaliśmy (i numerowaliśmy, bo tego wymagał Urząd Celny) sami nasze książki – i załatwialiśmy wysyłkę skrzyń z książkami i rzeczami osobistymi na odprawie celnej na Nowym Mieście. Urzędnicy czepiali się wszystkiego: nie mogłam na przykład wywieźć przewodnika górskiego po Tatrach, bo wydany był przed wojną. Również sposób oceny antyków świadczył o kompletnym braku kompetencji tych urzędników. Pozwolono nam wywieźć prezent ślubny, XIX-wieczną lampę naftową, ale nie wolno nam było zabrać krasnoludka z Cepelii!

Rodzice musieli zapłacić za mieszkanie, choć od początku było własnością państwową. Za studia nie musieliśmy w 1971 roku już płacić, ale trzeba było zapłacić za masę znaczków i za to, że możemy wywieźć indeksy studenckie i dyplomy ukończenia studiów oraz wszystkie inne możliwe zaświadczenia. Nie kupowaliśmy prawie nic (bo nie było za co) i zabraliśmy tylko podstawowe rzeczy. Meble, których nie mogliśmy sprzedać, oddawaliśmy sąsiadom za darmo. Niektórzy przychodzili do naszego mieszkania na drugim piętrze na Górskiego 4, czekając tylko, kiedy już wyjedziemy i może licząc na to, że je dostaną po nas, po Żydach.

 

 

Józef

Hen

Pisarz

Ścieżkami nieistniejącego miasta

Żydowska Warszawa Józefa Hena rozciąga się na całe miasto. Ślady po niej ożywają dzięki wspomnieniom.

Leopold

Sobel

Historyk, tłumacz

Torby ze Zjednoczenia, ortaliony z Optimy

Stolica z lat pięćdziesiątych to także żydowskie spółdzielnie oraz smaki gechakte leber i czulentu z nieistniejącej restauracji Amika.

Bella

Szwarcman-Czarnota

Redaktorka, tłumaczka, publicystka

Zapisana księga

Praga po II wojnie światowej była centrum żydowskiego życia. Działały tu organizacje, szkoły, modlitewnie, koszerna jatka, pracownie.

Książki w bagażu / Pomarcowe poszukiwania

W marcu 1968 roku świat warszawskich Żydów rozpadł się na nowo. Ostatnim przystankiem na wspólnej dla wielu trasie był Dworzec Gdański.

Henryk

Rajfer

Aktor

Objazdowe centrum kultury

Za kulisami Teatru Żydowskiego i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów.

Eleonora

Bergman

Historyczka architektury

Śladem znaków

Liczne znaki pamięci ujawniają pod współczesną powłoką niewidoczną na co dzień przeszłość miasta.

Jan

Jagielski

Działacz społeczny, przewodnik

Ścieżka śmierci – ścieżka życia

Cmentarz Żydowski przy ulicy Okopowej to najlepsze miejsce na spotkanie z żydowską historią Warszawy.

KamaDąbrowska

TomaszKrakowski

Antropolożka, edukatorka i filozof

Szlak instytucji

Ta trasa, podobnie jak wspólna historia naszych przewodników, zaczyna się przy placu Grzybowskim i biegnie przez całe miasto.

Joanna

Baczko

Etnolożka, była prezeska Żydowskiej Organizacji Młodzieżowej

Miejskie dzieci budują kibuc

Wykłady, debaty, celebracje świąt, koncerty i pikniki – trzecie pokolenie polskich Żydów odkrywa własną tożsamość w działaniu.

Daniel

Slomka

Izraelczyk w Warszawie

Hummus po polsku

Stolica może zyskać odmienną perspektywę, gdy przybysz, zafascynowany historią miasta, szuka w niej prywatnych tropów.

Joanna

Glogaza

Blogerka

Turystka we własnym mieście

Zajęcia z jogi, moda, książki, zakupy w sklepie koszernym – inny wymiar żydowskiej Warszawy.

Stwórz swoją ścieżkę